Urodziłem się w Kielcach. Od drugiego roku życia mieszkałem w Warszawie, na Mokotowie. Zimą jeździłem do Krakowa, do dziadków. Lato spędzaliśmy zawsze nad morzem, albo w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Bardzo mało podróżowałem. Byłem kilka razy w Bułgarii i dwa razy w Rosji, na wakacjach (głównie w Moskwie i w maleńkim miasteczku Sumy).
Ponad 30 lat swojego życia spędziłem na emigracji: w Szwajcarii (Genewa), we Francji (Prowansja), w Stanach Zjednoczonych (New Jersey, New York, Michigan, South Carolina, Rhode Island).
Od trzech lat mieszkam w Warszawie.
Bardzo nie lubię podróżować. Planuję stałą przeprowadzkę na polskie wybrzeże, bo tam się czuję najlepiej.
Miejscem moich marzeń (i pięknych wspomnień) pozostanie Karolina Południowa w Stanach Zjednoczonych. Mieszkałem tam przez 5 lat...cdn
poniedziałek, 15 lutego 2010
niedziela, 17 stycznia 2010
Zanim przekręcę klucz
To było rok temu...http://powrotwariatazemigracji-refleksje.blogspot.com/2009_01_01_archive.html
Wydawało mi się, że potrzebny mi będzie zwodzony most pomiędzy moim obecnym życiem w Polsce, a przeszłością. Ten most istnieje jednak niezależnie od jego wirtualnej konstrukcji i będzie istniał tak długo, jak tylko moja pamięć pozwoli.
W miarę upływającego czasu przeżyte lata układają się w pamiątkowy album płowiejących wspomnień. Wyraziste pozostają jedynie refleksje i bagaż doświadczeń.
Postaram się je wychwycić i zanotować. Dopiero wtedy zabiorę to, co niezbędne , zamknę za sobą te ciągle jeszcze niedomknięte drzwi i wyruszę w dalszą drogę.
A klucz?
Klucz zostawię pod wycieraczką.
Wydawało mi się, że potrzebny mi będzie zwodzony most pomiędzy moim obecnym życiem w Polsce, a przeszłością. Ten most istnieje jednak niezależnie od jego wirtualnej konstrukcji i będzie istniał tak długo, jak tylko moja pamięć pozwoli.
W miarę upływającego czasu przeżyte lata układają się w pamiątkowy album płowiejących wspomnień. Wyraziste pozostają jedynie refleksje i bagaż doświadczeń.
Postaram się je wychwycić i zanotować. Dopiero wtedy zabiorę to, co niezbędne , zamknę za sobą te ciągle jeszcze niedomknięte drzwi i wyruszę w dalszą drogę.
A klucz?
Klucz zostawię pod wycieraczką.
poniedziałek, 4 stycznia 2010
Romeo ze zmarzniętym nosem
Była godzina 15:08. Po ośnieżonym chodniku szedł chłopak z plecakiem i obwiązaną papierem paczką w kształcie karabinu maszynowego. Zatrzymał się przed kioskiem.
- Tak, słucham?
- Dzień dobry. Mam wielką prośbę. Potrzebuję pomocy. Dzisiaj są urodziny mojej dziewczyny.
- ......?
- Chcę jej zrobić niespodziankę ( zaczerwienione z zimna dłonie uwalniają z papieru karabin maszynowy i przed okienkiem ukazuje się ogromny bukiet ciemnoczerwonych róż ). Ona tu przyjdzie za parę minut i proszę jej wtedy wręczyć to...dobrze?
- Ona tu przyjdzie? A jak ja mam ją niby rozpoznać?
- Powie, że nazywa się Zosia.
- A co ja mam powiedzieć?
- Nic, tylko dać jej różę.
- Mam jej przekazać, że pan tu był?
- Nie, nie - (do łodyżki zostaje przymocowany biały bilecik).
- A co mam zrobić jeśli ona nie przyjdzie?
Wzrok z nad bukietu pochmurnieje:
- No, to będzie bardzo niefajnie.
- .....
- Ale spoko, jakby co, to ja będę wiedział, że nie przyszła.
Chowam różę za kontuarem.
- Bardzo dziękuję! - zakochany Romeo znika pędem za rogiem ulicy.
Po pół godzinie przed okienkiem pojawia się Ona. Ma około 17 lat, jest śliczna i tuli w ramionach kolczaste łodyżki.
- Wszystkiego najlepszego - mówię podając jej kwiat.
Odpowiada mi promiennym uśmiechem i odbiega pośpiesznie z telefonem przy uchu, śledząc uważnie dalsze instrukcje...
- Gówniateria, z gołymi głowami w taki mróz - zrzędzę upierdliwie, jak staremu idiocie przystało.
- Tak, słucham?
- Dzień dobry. Mam wielką prośbę. Potrzebuję pomocy. Dzisiaj są urodziny mojej dziewczyny.
- ......?
- Chcę jej zrobić niespodziankę ( zaczerwienione z zimna dłonie uwalniają z papieru karabin maszynowy i przed okienkiem ukazuje się ogromny bukiet ciemnoczerwonych róż ). Ona tu przyjdzie za parę minut i proszę jej wtedy wręczyć to...dobrze?
- Ona tu przyjdzie? A jak ja mam ją niby rozpoznać?
- Powie, że nazywa się Zosia.
- A co ja mam powiedzieć?
- Nic, tylko dać jej różę.
- Mam jej przekazać, że pan tu był?
- Nie, nie - (do łodyżki zostaje przymocowany biały bilecik).
- A co mam zrobić jeśli ona nie przyjdzie?
Wzrok z nad bukietu pochmurnieje:
- No, to będzie bardzo niefajnie.
- .....
- Ale spoko, jakby co, to ja będę wiedział, że nie przyszła.
Chowam różę za kontuarem.
- Bardzo dziękuję! - zakochany Romeo znika pędem za rogiem ulicy.
Po pół godzinie przed okienkiem pojawia się Ona. Ma około 17 lat, jest śliczna i tuli w ramionach kolczaste łodyżki.
- Wszystkiego najlepszego - mówię podając jej kwiat.
Odpowiada mi promiennym uśmiechem i odbiega pośpiesznie z telefonem przy uchu, śledząc uważnie dalsze instrukcje...
- Gówniateria, z gołymi głowami w taki mróz - zrzędzę upierdliwie, jak staremu idiocie przystało.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
