Wyjechałam z Polski w styczniu 1979, oficjalnie z krótką wizytą rodzinną, a w rzeczywistości w pogoni za wolnością i za szansą na bezpieczne i dostatnie życie. Nie było mi łatwo (komu jest?), ale przyjęto mnie życzliwie, ze zrozumieniem i chęcią pomocy. Nie wszyscy, ale większość. Stali się moją rodziną zastępczą. Do śmierci będę im wdzięczna za wsparcie jakie otrzymałam. Dzisiejsi uchodźcy przechodzą piekło o jakim mnie się nawet nie śniło. Tekst Bartłomieja Sienkiewicza jest napisany z elegancką prostotą, bez zbędnych przerysowań i wykrzykników. Dramat ludzkości współczesnego świata rozgrywający się tuż przed naszymi oczami.
(...)Płaskie krajobrazy, wygodna autostrada, charakterystyczne obłoki
na niebie zwiastujące nieodległą obecność morza. Do Eurotunelu
pod kanałem La Manche zostało nam jakieś pół godziny. Mój towarzysz
podróży przysypiał, gdy obudził go mój okrzyk – właśnie z prędkością 120
km na godzinę przemknęliśmy obok grupki osób idących autostradą.
Autostradą! Za moment następna grupa, idą gęsiego, po parę, paręnaście
osób, w rękach jakieś plastikowe torby, małe plecaczki; ciemne karnacje
skóry, nie sposób odgadnąć skąd, dzieci, kobiety, mężczyźni; i znowu
grupka zupełnie obojętna na śmigające tuż obok samochody,
których kierowcy zdają się nie zauważać tej niezwykłej pielgrzymki.
Zbliżamy się do Calais. Zbliżamy się do Eurotunelu.(...) *
*
http://kulturaliberalna.pl/2015/10/23/bartlomiej-sienkiewicz-europa-uchodzcy/
Dzięki za ten tekst.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigracja. Pokaż wszystkie posty
sobota, 7 listopada 2015
sobota, 21 lutego 2015
Szwajcarzy w oczach Polaków
Bardzo zabawny tekst na temat Szwajcarów opisanych przez polskich emigrantów:
http://szwajcarskie-blabliblu.blog.pl/2015/02/16/x-oznak-ze-stajesz-sie-szwajcarem/
A co ja bym dodała? Hmmm...może obraz Polaków widziany przez szwajcarskich emigrantów? tylko gdzie ja ich znajdę...
http://szwajcarskie-blabliblu.blog.pl/2015/02/16/x-oznak-ze-stajesz-sie-szwajcarem/
A co ja bym dodała? Hmmm...może obraz Polaków widziany przez szwajcarskich emigrantów? tylko gdzie ja ich znajdę...
Etykiety:
emigracja,
mentalność,
obyczaje,
Szwajcaria
niedziela, 19 października 2014
Powrót na emigrację
Wyjeżdżam. Bez dawnego entuzjazmu i bez ekscytacji. Okaże się wkrótce naprawdę czy jestem jeszcze coś warta na rynku pracy. Nie mam żadnych oczekiwań. Wiem tylko, że muszę zrobić co tylko w mojej mocy, aby znowu pracować za godną pensję. Wiem również, że już nie wrócę do sytuacji zawodowej, którą zostawiłam 8 lat temu. Tamten pociąg dawno odjechał. Mam zamiar spróbować każdej zaproponowanej pracy mieszczącej się w moich możliwościach. Staram się nie myśleć o swoim wieku i o zaniedbanej kondycji fizycznej. Powtarzam sobie że "chcieć to móc". Nie ukrywam, że mam tremę i tysiące idiotycznych obaw, z którymi budzę się ostatnio każdego ranka. Taki charakter.
Dziękuję Wam wszystkim za komentarze i zainteresowanie moim blogiem.
Zaczynam swój nowy rozdział w życiu. Jak się potoczy?...
...
Serdeczności.
Dziękuję Wam wszystkim za komentarze i zainteresowanie moim blogiem.
Zaczynam swój nowy rozdział w życiu. Jak się potoczy?...
...
Serdeczności.
poniedziałek, 19 maja 2014
czwartek, 13 grudnia 2012
problemy są wszędzie, tylko innego rodzaju
A każdy z nas inaczej je traktuje i bardzo różnie potrafi je rozwiązywać. I jeśli na całym świecie panuje obecnie kryzys gospodarczy, bezrobocie i problem opieki zdrowotnej, to standard życia dotyczący obywateli tzw. najuboższych, bardzo się między krajami różni. Te różnice są prawdopodobnie dużo głębsze w rzeczywistości od teoretycznie przedstawianych przez międzynarodowe statystyki.
Bieda i brak jakichkolwiek perspektyw na godne życie najczęściej mobilizują ludzi do opuszczenia ojczystych stron i poszukiwania swojego miejsca na obczyźnie. Problematyka ludzkich migracji jest niezwykle wiekowa i geograficznie szeroka. Nie zamierzam się w nią zagłębiać, zostawiam to specjalistom.
Chcę jedynie podkreślić kompleksowość indywidualnych potrzeb i motywacji, które napędzają, nas ludzi, do takich lub innych decyzji, działań i zachowań. Dla (1) jednych najważniejsze będą tradycyjne potrawy spożywane w rodzinnej atmosferze, znajome strony, obyczaje, przyjaciele z lat szkolnych, religia. Oni nigdy nie poczują się dobrze na obczyźnie. Wyjadą, ewentualnie, na emigrację zarobkową, na konkretny okres czasu i będą tam nieszczęśliwi i sfrustrowani, aż do powrotu. Ich motto: pracują, oszczędzają i wzbogaceni, wracają, bo tylko o to im chodzi.
Są tacy (2), którzy nigdy nie czują się dobrze "u siebie" i przy pierwszej lepszej okazji opuszczają zniecierpliwieni swoje rodzinne strony, w poszukiwaniu własnego miejsca.
Wszyscy (3), którzy w swoim ojczystym mieście lub kraju nie mają możliwości rozwinięcia swoich ambicji zawodowych i niekoniecznie z radością, ale jednak decydują się na emigrację, bo jest ona dla nich jedyną szansą na dalszą naukę lub rozwój zawodowy. Im kibicuję najmocniej i życzę jak najlepszych osiągnięć.
Sama zaliczam się do tych drugich i wyjechałam z Polski z przekonaniem, że już nigdy tu nie wrócę na stałe. Wróciłam, bo nie stać mnie było na sprowadzenie rodziców do siebie i zapewnienie im takiego życia, do jakiego przywykli w Polsce. Mnie żyje się tu bardzo kiepsko i podziwiam tych wszystkich, którzy doskonale potrafią w tej polskiej rzeczywistości wygodnie egzystować.
Czy ktoś z Was znalazł się w podobnej sytuacji?
Problem starzejących się rodziców dotyczy zapewne wielu polskich emigrantów mojego pokolenia. Na przełomie lat 70 i 80 wyjechały w świat tysiące obywateli bloku komunistycznej Europy. Szukam ich śladów, bo chcę się dowiedzieć, jak sobie radzą i co z nimi teraz jest?
Bieda i brak jakichkolwiek perspektyw na godne życie najczęściej mobilizują ludzi do opuszczenia ojczystych stron i poszukiwania swojego miejsca na obczyźnie. Problematyka ludzkich migracji jest niezwykle wiekowa i geograficznie szeroka. Nie zamierzam się w nią zagłębiać, zostawiam to specjalistom.
Chcę jedynie podkreślić kompleksowość indywidualnych potrzeb i motywacji, które napędzają, nas ludzi, do takich lub innych decyzji, działań i zachowań. Dla (1) jednych najważniejsze będą tradycyjne potrawy spożywane w rodzinnej atmosferze, znajome strony, obyczaje, przyjaciele z lat szkolnych, religia. Oni nigdy nie poczują się dobrze na obczyźnie. Wyjadą, ewentualnie, na emigrację zarobkową, na konkretny okres czasu i będą tam nieszczęśliwi i sfrustrowani, aż do powrotu. Ich motto: pracują, oszczędzają i wzbogaceni, wracają, bo tylko o to im chodzi.
Są tacy (2), którzy nigdy nie czują się dobrze "u siebie" i przy pierwszej lepszej okazji opuszczają zniecierpliwieni swoje rodzinne strony, w poszukiwaniu własnego miejsca.
Wszyscy (3), którzy w swoim ojczystym mieście lub kraju nie mają możliwości rozwinięcia swoich ambicji zawodowych i niekoniecznie z radością, ale jednak decydują się na emigrację, bo jest ona dla nich jedyną szansą na dalszą naukę lub rozwój zawodowy. Im kibicuję najmocniej i życzę jak najlepszych osiągnięć.
Sama zaliczam się do tych drugich i wyjechałam z Polski z przekonaniem, że już nigdy tu nie wrócę na stałe. Wróciłam, bo nie stać mnie było na sprowadzenie rodziców do siebie i zapewnienie im takiego życia, do jakiego przywykli w Polsce. Mnie żyje się tu bardzo kiepsko i podziwiam tych wszystkich, którzy doskonale potrafią w tej polskiej rzeczywistości wygodnie egzystować.
Czy ktoś z Was znalazł się w podobnej sytuacji?
Problem starzejących się rodziców dotyczy zapewne wielu polskich emigrantów mojego pokolenia. Na przełomie lat 70 i 80 wyjechały w świat tysiące obywateli bloku komunistycznej Europy. Szukam ich śladów, bo chcę się dowiedzieć, jak sobie radzą i co z nimi teraz jest?
wtorek, 4 grudnia 2012
Zastanawiam się, czy emigrować do Kanady?
Naprawdę szczęśliwa bywałam jedynie w Stanach Zjednoczonych, na James Island, w Karolinie Południowej. Wróciłam do Europy tylko dlatego, że przez 8 lat nie udało mi się zdobyć tzw. zielonej karty, a zegar tykał i strach przed deportacją narastał z każdym rokiem. Dodatkowym problemem był brak ubezpieczenia zdrowotnego, a z czasem, nonszalancka beztroska dotycząca zdrowia zaczęła u mnie topnieć. Z niechęcią i ściśniętym sercem wróciłam do Europy, słuchając tzw. głosu rozsądku.
Gdybym była nieco młodsza, wróciłabym tam bez wahania, ale w wieku 55 lat???
Podobno Kanada jest bardzo podobna do USA pod wieloma względami, a zdobycie prawa do legalnego pobytu i pracy jest dużo prostsze. Od jakiegoś czasu zaczęłam się zastanawiać...To prawda, że jestem trochę za stara, ale jeszcze nie umarłam. Czy jednak dam sobie radę? Ile razy można zaczynać swoje życie "od początku"? Czy poradzę sobie emocjonalnie z "opuszczeniem" wiekowych i osamotnionych rodziców?
Znalazłam wirtualną dyskusję, która daje do myślenia:
http://www.goldenline.pl/forum/162212/powrot-z-emigracji-z-kanady-po-wielu-latach
Gratuluję tym wszystkim, którzy po powrocie do Polski potrafili się odnaleźć. To wielka sztuka z odrobiną szczęścia.
Gdybym była nieco młodsza, wróciłabym tam bez wahania, ale w wieku 55 lat???
Podobno Kanada jest bardzo podobna do USA pod wieloma względami, a zdobycie prawa do legalnego pobytu i pracy jest dużo prostsze. Od jakiegoś czasu zaczęłam się zastanawiać...To prawda, że jestem trochę za stara, ale jeszcze nie umarłam. Czy jednak dam sobie radę? Ile razy można zaczynać swoje życie "od początku"? Czy poradzę sobie emocjonalnie z "opuszczeniem" wiekowych i osamotnionych rodziców?
Znalazłam wirtualną dyskusję, która daje do myślenia:
http://www.goldenline.pl/forum/162212/powrot-z-emigracji-z-kanady-po-wielu-latach
Gratuluję tym wszystkim, którzy po powrocie do Polski potrafili się odnaleźć. To wielka sztuka z odrobiną szczęścia.
piątek, 6 kwietnia 2012
Powrót na emigrację
Moje kłopoty ze znalezieniem adekwatnego zatrudnienia w Ojczyźnie stały się zmartwieniem dla najbliższej rodziny, a nie o to przecież chodziło. Gdyby plany w Polsce się udały, wszyscy uznaliby zapewne, że pomysł powrotu był trafiony. Nie wyszło jednak, jak to w życiu bywa i teraz bliscy zastanawiają się "co z tym fantem zrobić?".
Mam tylko nadzieję, że mój blog stanie się "gdzieś, dla kogoś" ostrzeżeniem przed podjęciem decyzji o powrocie. Emigrancki żywot nie należy do najlżejszych, ale losy reemigranta mogą być jeszcze trudniejsze.
Nawiązałam już kontakty z moimi byłymi kolegami w Szwajcarii. Dowiedziałam się, że jedna ze współpracowniczek z ostatniego miejsca pracy została w międzyczasie dyrektorką, a za kilka miesięcy zwolni się moje dawne stanowisko z powodu urlopu macierzyńskiego... Marie poprosiła mnie o przysłanie aktualnych dokumentów i złożenie aplikacji. Na początek będzie to zastępstwo na pół roku. Wracam więc do Genewy, wracam do swego zawodu.
Będzie jak dawniej... Zaczną się wielogodzinne rozmowy telefoniczne z Rodzicami, urlopy spędzane w Warszawie, codzienny, mdławy niepokój pt. "co tam u nich".
Lat im nie ubywa, niestety. W razie potrzeby, zaangażuję kogoś do opieki, bo innego wyjścia nie widzę.
Jeśli wylosuję wizę do Stanów Zjednoczonych, to będę miała spory dylemat. Wychodzę jednak z założenia, że od przybytku możliwości głowa nie boli.
Wesołych Świąt.
Mam tylko nadzieję, że mój blog stanie się "gdzieś, dla kogoś" ostrzeżeniem przed podjęciem decyzji o powrocie. Emigrancki żywot nie należy do najlżejszych, ale losy reemigranta mogą być jeszcze trudniejsze.
Nawiązałam już kontakty z moimi byłymi kolegami w Szwajcarii. Dowiedziałam się, że jedna ze współpracowniczek z ostatniego miejsca pracy została w międzyczasie dyrektorką, a za kilka miesięcy zwolni się moje dawne stanowisko z powodu urlopu macierzyńskiego... Marie poprosiła mnie o przysłanie aktualnych dokumentów i złożenie aplikacji. Na początek będzie to zastępstwo na pół roku. Wracam więc do Genewy, wracam do swego zawodu.
Będzie jak dawniej... Zaczną się wielogodzinne rozmowy telefoniczne z Rodzicami, urlopy spędzane w Warszawie, codzienny, mdławy niepokój pt. "co tam u nich".
Lat im nie ubywa, niestety. W razie potrzeby, zaangażuję kogoś do opieki, bo innego wyjścia nie widzę.
Jeśli wylosuję wizę do Stanów Zjednoczonych, to będę miała spory dylemat. Wychodzę jednak z założenia, że od przybytku możliwości głowa nie boli.
Wesołych Świąt.
poniedziałek, 3 października 2011
Program Loterii Wizowej DV
Polska znowu bierze udział w Loterii Wizowej!
(...) Otwarcie Programu Loterii Wizowej DV-2013 nastąpi w południe wschodnioamerykańskiego czasu letniego EDT (GMT-4) 4 października 2011 (wtorek), a jego zamknięcie w południe EDT 5 listopada (sobota). Podczas okresu rejestracyjnego, trwającego 32 dni kalendarzowe, zgłoszenia muszą być złożone drogą elektroniczną za pośrednictwem elektronicznego formularza (E-DV) dostępnego w okresie rejestracyjnym na stronie http://www.dvlottery.state.gov. Zgłoszenia przesyłane w formie pisemnej nie będą akceptowane. Odradzamy czekanie z wysłaniem zgłoszenia do ostatniego tygodnia okresu rejestracyjnego. Zwiększony napływ zgłoszeń może spowodować opóźnienia w funkcjonowaniu strony internetowej. Gdy 5 listopada 2011 r. minie południe żadne zgłoszenia nie będą przyjmowane.(...)**fragment oficjalnej informacji zamieszczonej na stronie Ambasady Amerykańskiej w Warszawie:
http://polish.poland.usembassy.gov/loteria_wizowa_dv.htlm
niedziela, 9 stycznia 2011
Co nowego?
Tym wszystkim, którzy interesują się w jakimkolwiek stopniu emigracją lub powrotem z niej polecam POWROTNIK. Łukasz stworzył ciekawe miejsce wirtualnych spotkań, gdzie można opublikować swoje wrażenia, podzielić się doświadczeniami, podyskutować, zadać pytanie... Rozsiani po świecie, w różnym wieku i z bardzo różnymi bagażami, wracamy (?) do Polski, aby zostać lub znowu wyjechać i już (nigdy?) nie powrócić.
Spotkajmy się. Pogadajmy. Spróbujmy sobie udowodnić, że potrafimy jednak dyskutować konstruktywnie, bez tradycyjnej pyskówy i wylewania na siebie zawistnej żółci. Zajrzyjcie do POWROTNIKA, polecam!
Spotkajmy się. Pogadajmy. Spróbujmy sobie udowodnić, że potrafimy jednak dyskutować konstruktywnie, bez tradycyjnej pyskówy i wylewania na siebie zawistnej żółci. Zajrzyjcie do POWROTNIKA, polecam!
poniedziałek, 15 lutego 2010
Położenie geograficzne
Urodziłem się w Kielcach. Od drugiego roku życia mieszkałem w Warszawie, na Mokotowie. Zimą jeździłem do Krakowa, do dziadków. Lato spędzaliśmy zawsze nad morzem, albo w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Bardzo mało podróżowałem. Byłem kilka razy w Bułgarii i dwa razy w Rosji, na wakacjach (głównie w Moskwie i w maleńkim miasteczku Sumy).
Ponad 30 lat swojego życia spędziłem na emigracji: w Szwajcarii (Genewa), we Francji (Prowansja), w Stanach Zjednoczonych (New Jersey, New York, Michigan, South Carolina, Rhode Island).
Od trzech lat mieszkam w Warszawie.
Bardzo nie lubię podróżować. Planuję stałą przeprowadzkę na polskie wybrzeże, bo tam się czuję najlepiej.
Miejscem moich marzeń (i pięknych wspomnień) pozostanie Karolina Południowa w Stanach Zjednoczonych. Mieszkałem tam przez 5 lat...cdn
Ponad 30 lat swojego życia spędziłem na emigracji: w Szwajcarii (Genewa), we Francji (Prowansja), w Stanach Zjednoczonych (New Jersey, New York, Michigan, South Carolina, Rhode Island).
Od trzech lat mieszkam w Warszawie.
Bardzo nie lubię podróżować. Planuję stałą przeprowadzkę na polskie wybrzeże, bo tam się czuję najlepiej.
Miejscem moich marzeń (i pięknych wspomnień) pozostanie Karolina Południowa w Stanach Zjednoczonych. Mieszkałem tam przez 5 lat...cdn
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
Kilka sekund z przeszłości
Zobaczyłam go znienacka w polskiej telewizji parę tygodni temu. To trwało zaledwie kilka sekund. Nie mogłam się pomylić, bo jego nazwisko widniało na pasku.
To było w latach 1986 - 88. Druga nieudana próba zalegalizowania stałego pobytu i otrzymania zielonej karty w Stanach Zjednoczonych. Pracowałam jako "housekeeper" w amerykańskim domu u niezwykle bogatego przedsiębiorcy i jego niezrównoważonej psychicznie żony. Tak właśnie nam poradzono, mnie i mojemu małżonkowi - praca w prywatnym domu przez 1,5 -2 lata w trakcie których, pracodawcy wystąpią dla nas o pobyt stały, za pośrednictwem adwokata. Wszystko co się tam działo przez 18 miesięcy jest złym snem, do którego nie bardzo mam ochotę wracać zbyt szczegółowo. Chodzi tutaj głównie o prawnika, który na zlecenie naszego pracodawcy miał się zająć załatwieniem zielonej karty. Jeździliśmy do jego biura kilka razy, dzwoniliśmy kilkanaście. Za każdym razem zapewniał nas, że wszystko toczy się normalnym trybem i będzie załatwione w swoim czasie. Czas jednak mijał, atmosfera u naszych pracodawców była coraz trudniejsza do wytrzymania i moje telefony do biura prawniczego stały się coraz częstsze. Któregoś dnia, sekretarka oznajmiła mi, że pan X chce ze mną pomówić na linii prywatnej. Zatkało mnie, kiedy odezwał się najczystszą polszczyzną: - Ryzykuję bardzo dużo, ponieważ prowadzę na stałe interesy pani szefa. Nie mam jednak sumienia oszukiwać pani dłużej. Nic nigdy nie zostało wszczęte. Chodziło tylko o to, żeby was przetrzymać u siebie jak najdłużej. Mam wyraźne polecenie, aby was zwodzić i nic nie załatwiać. Dlaczego? Bo wszyscy doskonale wiedzą, że po otrzymaniu papierów odejdziecie w poszukiwaniu innej pracy.
To było ponad 20 lat temu. Trudny okres z przeszłości przesunął się błyskawicznie w mojej świadomości. To niby nic wielkiego, ale przez moment wszystko wokół mnie znieruchomiało.
X wygląda znakomicie, jest cenionym doradcą, człowiekiem sukcesu. Wtedy był pracownikiem firmy adwokackiej i zajmował się takimi nieważnymi sprawami, jak nasza fikcyjna, zielona karta. Prawdopodobnie już o tym dawno zapomniał. I dobrze. Niech mu się wiedzie jak najlepiej.
To było w latach 1986 - 88. Druga nieudana próba zalegalizowania stałego pobytu i otrzymania zielonej karty w Stanach Zjednoczonych. Pracowałam jako "housekeeper" w amerykańskim domu u niezwykle bogatego przedsiębiorcy i jego niezrównoważonej psychicznie żony. Tak właśnie nam poradzono, mnie i mojemu małżonkowi - praca w prywatnym domu przez 1,5 -2 lata w trakcie których, pracodawcy wystąpią dla nas o pobyt stały, za pośrednictwem adwokata. Wszystko co się tam działo przez 18 miesięcy jest złym snem, do którego nie bardzo mam ochotę wracać zbyt szczegółowo. Chodzi tutaj głównie o prawnika, który na zlecenie naszego pracodawcy miał się zająć załatwieniem zielonej karty. Jeździliśmy do jego biura kilka razy, dzwoniliśmy kilkanaście. Za każdym razem zapewniał nas, że wszystko toczy się normalnym trybem i będzie załatwione w swoim czasie. Czas jednak mijał, atmosfera u naszych pracodawców była coraz trudniejsza do wytrzymania i moje telefony do biura prawniczego stały się coraz częstsze. Któregoś dnia, sekretarka oznajmiła mi, że pan X chce ze mną pomówić na linii prywatnej. Zatkało mnie, kiedy odezwał się najczystszą polszczyzną: - Ryzykuję bardzo dużo, ponieważ prowadzę na stałe interesy pani szefa. Nie mam jednak sumienia oszukiwać pani dłużej. Nic nigdy nie zostało wszczęte. Chodziło tylko o to, żeby was przetrzymać u siebie jak najdłużej. Mam wyraźne polecenie, aby was zwodzić i nic nie załatwiać. Dlaczego? Bo wszyscy doskonale wiedzą, że po otrzymaniu papierów odejdziecie w poszukiwaniu innej pracy.
To było ponad 20 lat temu. Trudny okres z przeszłości przesunął się błyskawicznie w mojej świadomości. To niby nic wielkiego, ale przez moment wszystko wokół mnie znieruchomiało.
X wygląda znakomicie, jest cenionym doradcą, człowiekiem sukcesu. Wtedy był pracownikiem firmy adwokackiej i zajmował się takimi nieważnymi sprawami, jak nasza fikcyjna, zielona karta. Prawdopodobnie już o tym dawno zapomniał. I dobrze. Niech mu się wiedzie jak najlepiej.
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Trudna rada
Wczoraj odwiedziłam znajomych. Debatowaliśmy nad ich ewentualnym wyjazdem do Stanów Zjednoczonych. Pytali mnie o radę. Piekielna sytuacja. Co ja im miałam poradzić? Nie lubię umywania rąk szczególnie, gdy ktoś pyta wprost, ale doradcą dobrym nie jestem. Powiedziałam, żeby spróbowali, ale jeśli to możliwe, żeby zostawili sobie "otwartą furtkę" na ewentualny powrót. To trzeba samemu doświadczyć, wypróbować siebie w innej, zupełnie nowej rzeczywistości. Oboje są młodzi, w tej chwili są razem, dużo zależy od nich. W głębi duszy życzę im dużo siły i wytrwałości, bo uważam, że mają tam szansę na bardzo fajne życie. Adwokat diabła się wtrąci i spyta natychmiast: co to znaczy "fajnie", a niby dlaczego nie mieliby mieć szansy na to "fajne" w Polsce?
Mogę jedynie odpowiedzieć tak: fajne w sensie zadowolenia z życia codziennego, z wygody, z pewnej normy cywilizacyjnej tam panującej. Muszą pojechać i spróbować. Nie znajdą czego szukają, mogą wrócić. Teraz ja zagram adwokata diabła i powiem, że spotkałam zarówno bardzo nieszczęśliwych ludzi w Ameryce, jak zadowolonych i radosnych w obecnej Polsce. Ale odwrotnie też. I co? Stoimy w punkcie wyjścia.
Mogę jedynie odpowiedzieć tak: fajne w sensie zadowolenia z życia codziennego, z wygody, z pewnej normy cywilizacyjnej tam panującej. Muszą pojechać i spróbować. Nie znajdą czego szukają, mogą wrócić. Teraz ja zagram adwokata diabła i powiem, że spotkałam zarówno bardzo nieszczęśliwych ludzi w Ameryce, jak zadowolonych i radosnych w obecnej Polsce. Ale odwrotnie też. I co? Stoimy w punkcie wyjścia.
poniedziałek, 6 kwietnia 2009
Polscy emigranci
Dans un monde globalisé où les liens d’interdépendance entre les êtres humains, leurs activités économiques et les systèmes politiques sont toujours plus denses, les SUISSES de l’étranger sont, à n’en pas douter, une richesse pour notre pays !
Marzy mi się, że kiedyś w gazetce dla polskich emigrantów przeczytamy podobne zdanie. I tak jak Szwajcarzy, stworzymy coroczny zjazd dla tych wszystkich, którzy będą mieli ochotę w nim uczestniczyć, spotkać się i podyskutować. A z czasem, również Polonia będzie miała swoich zaufanych przedstawicieli w polskim Parlamencie. Sądząc po tym jak trudno jest dzisiaj współpracować ze sobą dla dobra Polski dwóm partiom prawicowym i jak wystarczy drobna różnica w "punkcie siedzenia", żeby dochodziło do destruktywnej walki i nienawiści, to prawdopodobnie daleko nam jeszcze do szansy na jakąkolwiek ugodę, chociażby w imię wspólnych interesów. Nic się przecież nie uda stworzyć czy zorganizować przy bezustannym wzajemnym wyniszczaniu się.
Szwajcaria - maleńki kraj, maleńka emigracja i potrafili się zjednoczyć i coś pozytywnego dla siebie wypracować. Inna historia, inna mentalność, inne obyczaje.
Czy my już mamy na zawsze przechlapane?
Marzy mi się, że kiedyś w gazetce dla polskich emigrantów przeczytamy podobne zdanie. I tak jak Szwajcarzy, stworzymy coroczny zjazd dla tych wszystkich, którzy będą mieli ochotę w nim uczestniczyć, spotkać się i podyskutować. A z czasem, również Polonia będzie miała swoich zaufanych przedstawicieli w polskim Parlamencie. Sądząc po tym jak trudno jest dzisiaj współpracować ze sobą dla dobra Polski dwóm partiom prawicowym i jak wystarczy drobna różnica w "punkcie siedzenia", żeby dochodziło do destruktywnej walki i nienawiści, to prawdopodobnie daleko nam jeszcze do szansy na jakąkolwiek ugodę, chociażby w imię wspólnych interesów. Nic się przecież nie uda stworzyć czy zorganizować przy bezustannym wzajemnym wyniszczaniu się.
Szwajcaria - maleńki kraj, maleńka emigracja i potrafili się zjednoczyć i coś pozytywnego dla siebie wypracować. Inna historia, inna mentalność, inne obyczaje.
Czy my już mamy na zawsze przechlapane?
piątek, 20 marca 2009
Polonia bez granic
Mój pierwszy krok w kierunku debaty polsko-polskiej zakończył się, jak widać, fiaskiem. Nie znaczy to jednak, że nie warto próbować dalej.Two Cents, Debunker, St. Wiarus & co., założyli forum dyskusyjne:http://groups.google.com/group/polonia2009Może Wam pójdzie lepiej. To jest ważne, żebyśmy zaczęli rozmawiać ze sobą przyjaźnie. Tak jak pisałam już wcześniej - jest w nas wielki pozytywny potencjał, ale podzieleni i rozbici na drobne, jesteśmy bezsilni. Namawiam wszystkich - kliknijcie i wskoczcie na Polonię bez granic. Życzę Wam konstruktywnej debaty. Good luck!Dopisano 23 marca 2009:Wykazałam akt dobrej woli polecając prywatne forum "Polonia bez granic" i zostałam w rewanżu, przez założycieli owego forum, zajadle obszczekana ( patrz komentarze poniżej.) Od dzisiaj nic nikomu nie polecam. Kropka.
niedziela, 15 marca 2009
Współczesna wersja MIMESIS
Czytam, czytam, czytam. Dyskusje na forach, zwierzenia, opinie i komentarze. Wszystko o re/emigracji, przez i o re/emigrantach. Z czasem zaczynają mi się rysować pewne określone tendencje. Na forach dyskusyjnych np. zbijają się w mniej lub bardziej ciasne grupy internauci, mający wystarczająco dużo wolnego czasu, aby swoje rozgoryczenia i frustracje (z kraju lub na obczyźnie) ubrać w mniej lub bardziej wyrafinowane słowa i poprzez sprytne podrzucanie swoich "wizytówek" na wszelkich możliwych forach, blogach, zgrupowaniach, itp. ściągać masowo dyskutantów na własne podwórko. Taka strategia stwarza iluzję, że dany adres jest uczęszczany, popularny, "in vogue" czyli, że warto się tam pojawiać i rozdawać na lewo i prawo własne wizytówki. To fascynujące, bo zupełnie samoistnie i naturalnie dochodzi do naśladownictwa w świecie wirtualnym schematów funkcjonujących w naszej codziennej rzeczywistości. Współczesna wersja MIMESIS?
Technologia udostępniła ludziom świat, w którym wszystko jest możliwe. Jednak mechanizmy zachowań ze świata poza wirtualnego odtwarzają się tutaj automatycznie na zasadzie reakcji Pawłowa, ale niby dlaczego miałoby być inaczej? Człowiek jest tylko taki, jakim potrafi być.
Ja urodziłam się z Syndromem Kosmity i konsekwentnie, choć nie zawsze świadomie, wiosłuję samotnie pod prąd. Marzy mi się głupio, żeby Polska stała się prawdziwą Ojczyzną dla wszystkich Polaków i gościnnym, tolerancyjnym i bezpiecznym miejscem dla każdego gościa, który do niej zawita. Nie mam żadnego prawa ani chęci do zmuszania kogokolwiek do odczuwania czegoś, czego nie odczuwa. Rozumiem, że duża grupa polskich emigrantów podpisała/by się obiema rękami pod tekstem Starego Wiarusa. Czy jednak ta diametralna różnica w nastawieniu do Polski musi nas koniecznie dzielić na dobrych i złych patriotów, na "warszawkę" i Polonusów? Na głupich, burakowatych kRajanów i światowych arystokratów z za granicy ? Cytowane epitety zaczerpnęłam z pouczających materiałów, które znalazłam dzięki Wolnej Amerykance. Zainteresowani znajdą tam dużo pikantniejsze zwroty.
Jeśli wzajemnej niechęci i braku porozumienia nie da się (na razie) u nas przeprogramować, to może moglibyśmy chociaż przestać obrzucać się błotem i nie prowokować, wyzłośliwiając się i szydząc na każdym kroku. Ludzie są z natury dobrymi istotami i WSZYSCY dobroci potrzebują. Zacznijmy od codziennej, ludzkiej życzliwości. Brzmi patetycznie i niech tak brzmi.
Technologia udostępniła ludziom świat, w którym wszystko jest możliwe. Jednak mechanizmy zachowań ze świata poza wirtualnego odtwarzają się tutaj automatycznie na zasadzie reakcji Pawłowa, ale niby dlaczego miałoby być inaczej? Człowiek jest tylko taki, jakim potrafi być.
Ja urodziłam się z Syndromem Kosmity i konsekwentnie, choć nie zawsze świadomie, wiosłuję samotnie pod prąd. Marzy mi się głupio, żeby Polska stała się prawdziwą Ojczyzną dla wszystkich Polaków i gościnnym, tolerancyjnym i bezpiecznym miejscem dla każdego gościa, który do niej zawita. Nie mam żadnego prawa ani chęci do zmuszania kogokolwiek do odczuwania czegoś, czego nie odczuwa. Rozumiem, że duża grupa polskich emigrantów podpisała/by się obiema rękami pod tekstem Starego Wiarusa. Czy jednak ta diametralna różnica w nastawieniu do Polski musi nas koniecznie dzielić na dobrych i złych patriotów, na "warszawkę" i Polonusów? Na głupich, burakowatych kRajanów i światowych arystokratów z za granicy ? Cytowane epitety zaczerpnęłam z pouczających materiałów, które znalazłam dzięki Wolnej Amerykance. Zainteresowani znajdą tam dużo pikantniejsze zwroty.
Jeśli wzajemnej niechęci i braku porozumienia nie da się (na razie) u nas przeprogramować, to może moglibyśmy chociaż przestać obrzucać się błotem i nie prowokować, wyzłośliwiając się i szydząc na każdym kroku. Ludzie są z natury dobrymi istotami i WSZYSCY dobroci potrzebują. Zacznijmy od codziennej, ludzkiej życzliwości. Brzmi patetycznie i niech tak brzmi.
sobota, 14 marca 2009
"Je ne regrette rien..."
"W zeszłym miesiącu minęło mi pół życia spędzonego na emigracji. Teraz już z górki. Za oknem ocean. Siedzę u siebie - we własnym domu, przy własnym biurku, w Australii, moim kraju, który ćwierć wieku temu jak najdosłowniej dał mi jeść, kiedy byłem głodny, i dach nad głową, kiedy byłem bezdomny, niczego ode mnie nie żądając w zamian. Na ekranie komputera mam polską prasę, w niej sceny jak z "Króla Ubu" - w Polsce, czyli nigdzie. W tle muzycznym - Edith Piaf i szum oceanu." Stary Wiarus, salon24
Kiedy czyta się te pierwsze zdania, wszystko brzmi spokojnie, nostalgicznie, komfortowo.
Światełko zapaliło się u mnie dopiero przy słowach "... w Polsce, czyli nigdzie." Wiem, wiem, to nie znaczy nigdzie "tak w ogóle", to znaczy nigdzie - dla autora. Jednak światełko już błysnęło. Potem walnęła burza z piorunami.
cdn...
Kiedy czyta się te pierwsze zdania, wszystko brzmi spokojnie, nostalgicznie, komfortowo.
Światełko zapaliło się u mnie dopiero przy słowach "... w Polsce, czyli nigdzie." Wiem, wiem, to nie znaczy nigdzie "tak w ogóle", to znaczy nigdzie - dla autora. Jednak światełko już błysnęło. Potem walnęła burza z piorunami.
"Wyjeżdżało się - kto przez Niemcy, kto przez Grecję, kto przez Traiskirchen - w innych czasach. W innej fazie życia. Na emigracji zajęliśmy się swoimi sprawami - praca, studia, życie, rodzina, dom, dzieci. A teraz na czyjeś życzenie - szydercze, albo i w dobrej wierze wypowiedziane - miałbym to wszystko cisnąć w kąt i popędzić do dziwnego kraju na drugim końcu świata, żeby tam jeszcze raz zaczynać wszystko od początku? A z jakiego właściwie powodu? Bo tam nadal mają "Latarnika" w spisie lektur szkolnych? Bo tam właśnie ojciec matkę, wiele lat temu?
Co z tego? Ojciec i matka nie żyją. Przyjaciele lat młodości dawno zajęli się wlasnymi sprawami. Ja mam całkiem inne priorytety niż 25 lat temu. Mile wspominane lata studenckie już nie wrócą. Długonoga brunetka z akademika na Placu Narutowicza, moje najlepsze wspomnienie z PRL, ma dziś żylaki, dorosłe dzieci i męża alkoholika. Twarz ma o dziesięć lat starszą niż jej - i mój - rzeczywisty wiek. Dla moich dzieci, Polska jest egzotyczna jak Uganda. Z tym, że kiedy byłem dwa lata temu w Ugandzie, to nikt tam nie rzucał w moją strone mrocznych aluzji, że jak się Ugandzie tak spodoba, to ugandyjska straż graniczna mnie bez ugandyjskiego paszportu z powrotem do domu nie wypuści, bo maja takie jedno ugandyjskie prawo, które im na to pozwala.
Po co zatem właściwie miałbym "wracać do Ojczyzny"?
Żeby się tam dać obłupić specom od odłączania gotówki od sarenki? Wrócić z kraju, w którym nie ma dowodów osobistych ani systemu meldunkowego - do kolejek w urzędach, które musiałbym kolejno przekonać, że choć nie mam PESELu, NIPu, PITu, dowodu osobistego, polskiego paszportu, meldunku ani książeczki wojskowej, to istnieję? Że nie jestem wielbłądem? Że żadne podatki wstecz się ode mnie nie należą, bo ostatnie 25 lat to nie był żaden 'okres czasowego przebywania za granicą'?
Żeby odbyć spowiedź generalną u majorów z WKU i błagać o rozgrzeszenie i przeniesienie do rezerwy? A jak nie wybłagam, to odsiedzieć dwa lata w więzieniu - za swoje postanowienie sprzed ćwierć wieku, że prędzej wyemigruję z Polski, niż zgodzę się maszerować na Paryż czy Kopenhagę ramię w ramię z bratnią Armią Radziecką, przysiągłszy jej braterską lojalność.
Pomimo członkostwa NATO, polska armia jest nadal poborowa. Nie było i nie ma w Polsce ani abolicji, ani przedawnienia zbrodniczego czynu uchylania się przed 1989 rokiem od służby w Ludowym Wojsku Polskim, armii członkowskiej Układu Warszawskiego. Generałów i pułkowników jest w Polsce podobno więcej niż w razem wziętych armiach Niemiec i Francji. Podległość powszechnemu obowiązkowi obrony przedłużono ostatnio do 60 roku życia. W militarystyczno-patriotycznej atmosferze kraju, WKU albo mi odpuści, albo mi nie odpuści, a jakoś nie mam ochoty rozsztrzygać tego dylematu drogą eksperymentu na własnej rzyci.
Zamieszkać w kraju, gdzie nikogo nie interesują realia, a wszystkich tematy zastępcze? W kraju, w którym wre permanentna debata o sposobach rozwiązywania problemów, jakie tu rozwiązano przed pierwszą wojną światową? Żeby dostarczać rozrywki miejscowemu gówniarstwu moją nieporadnością w ich rzeczywistości - taką samą, jak ich nieporadność w mojej?" Stary Wiarus, salon24cdn...
czwartek, 12 marca 2009
Polacy w Kanadzie też nie głosowali
Ostatnie dni upłynęły mi na surfowaniu po licznych Forach dyskusyjnych (nie dla mnie!) i prywatnych blogach. Z pomocą przyszła mi Tajemnicza Grupa Zamaskowanych: Two Cents - Debunker - Phil - Wychodźca - Pan Tarej - ... Ich cenne uwagi i wskazówki pomagają w moim amatorskim blogowaniu niezwykle i każdemu kto ma jakiekolwiek pytania, a nie posiada doktoratu z informatyki, polecam Blog emigracyjny.
Po namyśle, pytania na poziomie doktoratu też można spróbować, najwyżej powiedzą, żeby nie przeginać. Wtedy przeprosić, podziękować i ... ( po "i" każdy robi to, co uważa za stosowne).
Moje dotychczasowe podróże po blogosferze potwierdziły, jak wielka przepaść dzieli Polaków w kraju i tych rozsianych po całym świecie. Powstała w języku polskim ogromna liczba forów dyskusyjnych, istnieje cała masa prywatnych dzienników. To prawdziwa kopalnia talentów literackich, opisów wstrząsających doświadczeń, humoru, rzeczowych informacji, adresów. Jest też sporo łez, smutku, tęsknoty, żalu i rozgoryczenia. Wiele agresywnych wpisów, wywalania żółtej frustracji na Wacka, na Bolka, na Tuska, na rodaków. Na Polskę. Nie będę przytaczać, jeśli ktoś ma ochotę poserfować, zapraszam na Wolną Amerykankę do Two Cents, znajdziecie tam odpowiednie linki. To naprawdę imponujące. Dzisiaj, proszę każdego o chwilę refleksji . Tak łatwo jest krytykować Polaków za granicą, że nic nie wiedzą o Polsce, odmawiać im prawo do zabierania głosu pod pretekstem, że tu już nie mieszkają. Niektórzy może żyją w ignorancji, ale niektórzy wiedzą i rozumieją więcej od nas. I może warto zadać sobie pytanie, co my wiemy o NICH? O ich problemach, rozterkach, kłopotach administracyjnych z polskimi urzędnikami?
<http://emigracyjny.wordpress.com/2009/01/10/paszport-2/#comment-255>
Po namyśle, pytania na poziomie doktoratu też można spróbować, najwyżej powiedzą, żeby nie przeginać. Wtedy przeprosić, podziękować i ... ( po "i" każdy robi to, co uważa za stosowne).
Moje dotychczasowe podróże po blogosferze potwierdziły, jak wielka przepaść dzieli Polaków w kraju i tych rozsianych po całym świecie. Powstała w języku polskim ogromna liczba forów dyskusyjnych, istnieje cała masa prywatnych dzienników. To prawdziwa kopalnia talentów literackich, opisów wstrząsających doświadczeń, humoru, rzeczowych informacji, adresów. Jest też sporo łez, smutku, tęsknoty, żalu i rozgoryczenia. Wiele agresywnych wpisów, wywalania żółtej frustracji na Wacka, na Bolka, na Tuska, na rodaków. Na Polskę. Nie będę przytaczać, jeśli ktoś ma ochotę poserfować, zapraszam na Wolną Amerykankę do Two Cents, znajdziecie tam odpowiednie linki. To naprawdę imponujące. Dzisiaj, proszę każdego o chwilę refleksji . Tak łatwo jest krytykować Polaków za granicą, że nic nie wiedzą o Polsce, odmawiać im prawo do zabierania głosu pod pretekstem, że tu już nie mieszkają. Niektórzy może żyją w ignorancji, ale niektórzy wiedzą i rozumieją więcej od nas. I może warto zadać sobie pytanie, co my wiemy o NICH? O ich problemach, rozterkach, kłopotach administracyjnych z polskimi urzędnikami?
... "Nawet nie zastanawiałem się nad tym jakie warunki trzeba spełnić by zagłosować. Trochę pośrednio zastanawiałem się tylko jaki procent głosujących stanowi stara emigracja a jaki studenci, pracownicy polskich placówek dyplomatycznych, turyści czy “nowi” imigranci. Właściwie wielu spraw jestem ciekaw. Niestety pieniędzy na badania brak a i możliwości skorzystania z badań innych znikome bo nie są prowadzone. Jeśli w tym kraju ktoś zajmuje się emigracją to ciekawią go zazwyczaj procedury, ewentualnie migracje (ich powody, geografia, aklimatyzacja).Polacy w Kanadzie również nie głosowali…
Dopiero po przeczytaniu wpisu na Pańskim blogu dowiedziałem się jakie znaczenie ma posiadanie “nowego” paszportu…
Mam jednak wrażenie (na podstawie obserwacji tego co się dzieje w Kanadzie), że wielu Polaków nie głosuje bo uważa, że nie może. W Kanadzie nie głosuje się za granicą więc wielu myśli, że w Polsce jest podobnie. Problemy proceduralne zapewne wszędzie są takie same…"
<http://emigracyjny.wordpress.com/2009/01/10/paszport-2/#comment-255>
"To jest rzeczywiście jajo kwadratowe. Ja zacząłem załatwiać swoje polskie dokumenty w końcu 1999 przez polski konsulat. Trwało to 5 lat, dali mi listę dokumentów do załączenia. Było pisanie narracyjne i szczegółowe życiorysu,nazwiska i adresy osób w Polsce, które mogłyby potwierdzić moja polskość itd… W końcu szlag mnie trafił i poszedłem do urzędu w Warszawie. Pani była bardzo zdziwiona. Poradziła, żeby przesłać wszystko do nich z konsulatu. Wysłali pocztą konsularną. Nic nie doszło. Po jakimś czasie wystrzeliło jak diabeł z pudełka i jednak się znalazło.W warszawskim urzędzie poszło już bardzo szybko (w porównaniu), bo po uporczywym ganianiu miedzy urzędami i sądem (!) miałem swój nowy, aktualny dowód, pesel i numer podatkowy.
Na wybory 2005 nie zdążyłem, ale na te w 2007 poszybowałem z szybkością światła..." Pistacjowy Kosmita, Blog emigracyjny, marzec 2009
Ciąg dalszy nastąpi...
sobota, 17 stycznia 2009
Emigranci, połączmy się
Najczęściej zadawanym mi pytaniem od powrotu jest "po co" lub "dlaczego". Jednoznacznej odpowiedzi nie mam. Jeśli już w ogóle, to powraca się być może dlatego, że emigracja nie jest naturalnym odruchem człowieka. To raczej ostateczność.
Bardzo popieram podróże po świecie, a przynajmniej wyrwanie się, choćby na jakiś czas, z rodzinnej wsi czy miasteczka. To okazja do poznania nowych ludzi, smaków kulinarnych, zachowań i obyczajów. Otwarcie na świat pozwala na zweryfikowanie zatwardziałych przekonań i priorytetów. Dla kogoś może to być rozsmakowanie w japońskiej kuchni i jej rytuale, albo zauroczenie piękną mulatką. Polski katolik dowie się np. w Szwajcarii o cennych wartościach protestantyzmu, albo wręcz zaprzyjaźni z buddystą lub judaistą w ... Nowym Jorku. Dumny ze swej przynależności do "rasy białych" osobnik, zdziwi się jak wielu czarnoskórych jest lepiej wykształconych i wyglancowanych od niego samego. Wiecznie kombinujący cwaniaczek z Warszawy, ma szansę popracować w takich regionach świata gdzie ceniona i opłacalna jest sumienność, uczciwość i pracowitość.
Jeżdżąc po świecie mamy okazję zweryfikować ślepy zachwyt urodą naszej ojczyzny, która jest generalnie biedna, zaniedbana i z małymi wyjątkami, zwyczajnie brzydka. Jesteśmy do niej jednak bezgranicznie przywiązani i kochamy ją mocno i serdecznie. (Za tego typu opinie często dostaje mi się ostre pouczenie, że mogę w każdej chwili wracać do swojej "krainy czarów" skoro tutaj mi się nie podoba.)
My Polacy, strasznie łatwo się o wszystko obrażamy. Obraża się pan Prezydent na innych Prezydentów, obraża się ksiądz na premiera, obrażają się byli działacze opozycji na innych działaczy tej samej opozycji. Bezustannie duża część Polaków jest śmiertelnie na siebie obrażona. Do tego lubimy się nawzajem niszczyć, wyśmiewając nacje, które wyznają i praktykują narodową solidarność nie tylko w sytuacji ogólnego zagrożenia. A może zamiast śmichów chichów, wprowadzić solidarność "dnia powszedniego" u nas i przestać się o wszystko obrażać?
Pobyt w Stanach Zjednoczonych uświadomił mi między innymi, że nie umiemy rozgraniczać pojęcia prywatność od profesjonalizmu. Pod pretekstem fałszywie interpretowanej szczerości, mylimy hipokryzję z dyplomacją czy zasadami dobrego wychowania. Warto by to może przemyśleć i przewartościować. I nabrać do siebie dystansu.
Tak więc, podróże są potrzebne, uczą i poszerzają horyzonty. Są ciekawe i przyjemne. Z emigracją bywa różnie.
Polscy emigranci i reemigranci mają w sobie wielki potencjał, niestety zbyt mało doceniany przez nasze władze, które przypominają sobie o nim najczęściej przed wyborami. Ja nie namawiam nikogo do powrotu. Taka decyzja jest sprawą niezwykle indywidualną. Jednak tęsknota za Polską, za bliskimi i to nieustanne rozdarcie towarzyszące emigrantom zawsze i wszędzie, stanowią wspólny mianownik dla większości. Zjednoczmy się zatem wirtualnie i stwórzmy sieć do wymiany opinii, doświadczeń, pomysłów, wzajemnego wsparcia...
Czekam na Wasze komentarze .
Bardzo popieram podróże po świecie, a przynajmniej wyrwanie się, choćby na jakiś czas, z rodzinnej wsi czy miasteczka. To okazja do poznania nowych ludzi, smaków kulinarnych, zachowań i obyczajów. Otwarcie na świat pozwala na zweryfikowanie zatwardziałych przekonań i priorytetów. Dla kogoś może to być rozsmakowanie w japońskiej kuchni i jej rytuale, albo zauroczenie piękną mulatką. Polski katolik dowie się np. w Szwajcarii o cennych wartościach protestantyzmu, albo wręcz zaprzyjaźni z buddystą lub judaistą w ... Nowym Jorku. Dumny ze swej przynależności do "rasy białych" osobnik, zdziwi się jak wielu czarnoskórych jest lepiej wykształconych i wyglancowanych od niego samego. Wiecznie kombinujący cwaniaczek z Warszawy, ma szansę popracować w takich regionach świata gdzie ceniona i opłacalna jest sumienność, uczciwość i pracowitość.
Jeżdżąc po świecie mamy okazję zweryfikować ślepy zachwyt urodą naszej ojczyzny, która jest generalnie biedna, zaniedbana i z małymi wyjątkami, zwyczajnie brzydka. Jesteśmy do niej jednak bezgranicznie przywiązani i kochamy ją mocno i serdecznie. (Za tego typu opinie często dostaje mi się ostre pouczenie, że mogę w każdej chwili wracać do swojej "krainy czarów" skoro tutaj mi się nie podoba.)
My Polacy, strasznie łatwo się o wszystko obrażamy. Obraża się pan Prezydent na innych Prezydentów, obraża się ksiądz na premiera, obrażają się byli działacze opozycji na innych działaczy tej samej opozycji. Bezustannie duża część Polaków jest śmiertelnie na siebie obrażona. Do tego lubimy się nawzajem niszczyć, wyśmiewając nacje, które wyznają i praktykują narodową solidarność nie tylko w sytuacji ogólnego zagrożenia. A może zamiast śmichów chichów, wprowadzić solidarność "dnia powszedniego" u nas i przestać się o wszystko obrażać?
Pobyt w Stanach Zjednoczonych uświadomił mi między innymi, że nie umiemy rozgraniczać pojęcia prywatność od profesjonalizmu. Pod pretekstem fałszywie interpretowanej szczerości, mylimy hipokryzję z dyplomacją czy zasadami dobrego wychowania. Warto by to może przemyśleć i przewartościować. I nabrać do siebie dystansu.
Tak więc, podróże są potrzebne, uczą i poszerzają horyzonty. Są ciekawe i przyjemne. Z emigracją bywa różnie.
Polscy emigranci i reemigranci mają w sobie wielki potencjał, niestety zbyt mało doceniany przez nasze władze, które przypominają sobie o nim najczęściej przed wyborami. Ja nie namawiam nikogo do powrotu. Taka decyzja jest sprawą niezwykle indywidualną. Jednak tęsknota za Polską, za bliskimi i to nieustanne rozdarcie towarzyszące emigrantom zawsze i wszędzie, stanowią wspólny mianownik dla większości. Zjednoczmy się zatem wirtualnie i stwórzmy sieć do wymiany opinii, doświadczeń, pomysłów, wzajemnego wsparcia...
Czekam na Wasze komentarze .
Subskrybuj:
Posty (Atom)
