Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mentalność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mentalność. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 lutego 2015

Szwajcarzy w oczach Polaków

Bardzo zabawny tekst na temat Szwajcarów opisanych przez polskich emigrantów:

 http://szwajcarskie-blabliblu.blog.pl/2015/02/16/x-oznak-ze-stajesz-sie-szwajcarem/

A co ja bym dodała? Hmmm...może obraz Polaków widziany przez szwajcarskich emigrantów? tylko gdzie ja ich znajdę...



środa, 30 kwietnia 2014

Rodacy w kinie

Wczoraj wieczorem byłam w kinie (Iluzjon w Warszawie) na filmie pt."Imigrantka"/"The Immigrant".>>>

Sam film rozczarował mnie bardzo i mam tak wiele zarzutów, że mój bilans wychodzi ostatecznie na "nie".

Największe zaskoczenie zawdzięczam jednak obecnym na sali widzom. Było zaledwie 30 osób w tym 75% ludzi w wieku 20 - 30 lat. Za każdym razem gdy Marion Cotillard (w roli Ewy) prowadzi dialog po polsku z Polakami granymi przez amerykańskich aktorów, połowa widowni dostawała histerycznego ataku śmiechu.

Moi rodacy rozczarowali mnie po raz kolejny.


czwartek, 15 marca 2012

Mentalne kajdanki

 Na portalu Powrotnika toczy się dyskusja dotycząca powrotu Polaków z emigracji. Jeden z komentarzy wydaje mi się wyjątkowo trafny, dlatego pozwolę go sobie zacytować:

"witaj, przeczytalam twoja wypowiedz i wiesz mysle ze to nie chodzi o nauczenie sie przez polakow zachowan…. to cos tak, jak z inteligencja, tego nie mozna sie nauczyc to sie ma, z tym sie trzeba urodzic. to genetyczne usaleznienie, to jest nasza mentalnosc: wrodzony system wartosci i widzenia. tak bym to ujela.czlowiek czlowiekowi wilkiem, to juz przed wiekami mowili wielcy pisarze,wiec ludzie na calym swiecie sa jednakowi od zarania dziejow. tylko systemy w ktorych zyjemy sa zroznicowane,historia i szerokosci gepograficzne, to tez ma niebanalny wplyw na nasze usposobienie! dlaczego narody z basenu morza srodziemnomorskiego uchodza za te ktore sa zyczlie, pogodne, radosne… poniewaz w tych krajach jest duzo slonca, jest cieplo, dni sa dluzsze.To rowniez wplywa na pogode ducha, temperamenet. Ale w Hiszpani czy Portugali tez sa ludzie niezyczliwi, zjadliwi, zazdrosni.Gdzie zycie moze byc uciazliwe z powodu zawistnego sasiada.Niestety Polska jest krajem hitorycznie zranionym od wielu wiekow, ta rana jest w kazdym z nas od pokolen…cierpienie mamy wpisane w geny, w tym ktoremu sie powiodlo poniewaz wyjechal za granice widzimy szczura…ktory ucielk i nie chcial z nami dzielic tego samego losu, losu spolecznstwa ktore ciagle z niego nie jest zadowolone, widzi we wszystkich wroga. ale to jest chyba jakas patologia spoleczna niestety. Uwazam za kto mial szanse lub okazje to wyjechal, zarobil i wrocil, lub zarobil i nie wrocil, lub nie zarobil i wrocil … warianow jest wiele, Na tym polega wolnosc, my nie wiemy co to zanczy wolnosc.! jestesmy mentalnie ciagle wiezniami… a to okupanta a to systemu a to rezimu a na koniec jestesmy wiezniami siebie samych i nie chcemy zeby inni byli wolni.My polacy nie umimy byc wolni ciagle zakladamy sobie i innym kajdanki. (...)

Niestety, najczęściej uświadamiamy sobie wszystko dopiero po dłuższym pobycie na terenie tzw. starej demokracji. Rozumując podobnie moja znajoma napisała:

"To tak jak ktoś żyje w  dysfunctional family i po pewnym czasie nie wie co jest normalne a co nie, co jest dobre a co złe..."

Czy można to jakoś zmienić?

poniedziałek, 5 marca 2012

Podobno jest fantastycznie

Cieszy mnie niezwykle, gdy słyszę głosy o tym, że w Polsce jest coraz lepiej, ładniej, bogaciej, a ludziom żyje się coraz lepiej. Mój problem polega na tym, że ja tego zupełnie nie dostrzegam. Widzę umordowanych ludzi w pociągach, tramwajach i autobusach, przemęczone kobiety, poszturchiwane dzieci. Widzę smutnych i schorowanych emerytów, ubranych w wiekowe paletka i zniszczone buty.

Widzę masy butelek po alkoholu porzuconych na skwerach, trawnikach, w parkach, na chodnikach. Społeczne przyzwolenie powoduje, że władze upatrują jedynie śmiertelne niebezpieczeństwo w paleniu marihuany, natomiast zastraszająca ilość spożywanego przez Polaków alkoholu, nie wzbudza już w nikim żadnych emocji.

Parę tygodni temu na spotkaniu towarzyskim usłyszałam, że nie powinnam narzekać, bo jest coraz lepiej. Sklepy są pełne towaru, wszystko się rozbudowuje, a ludzie są niezwykle życzliwi. Mój optymistyczny rozmówca dał mi nawet konkretny przykład: dwa dni wcześniej byli z małżonka w sklepie i sprzedawczyni bardzo uprzejmie pomagała im wybrać płaszcz. I co ja na to?

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Pokornie zaakceptować

Dzisiaj jest święto narodowe Szwajcarii. Przypomniała mi się moja tam samotność i zastanawiam się, czy nie będąc Szwajcarem od pokoleń można się u nich w pełni odnaleźć? Maleńki, ale jakże specyficzny naród.

Wracając do obecnej rzeczywistości, dziękuję Łukaszowi za ten link:
http://wyborcza.pl/1,75480,9960378,Dorabiam__nie_narzekam.html

Artykuł napisany jest z pewną pogodą ducha, ale mnie jakoś nie do śmiechu. Trudno mi zaakceptować to wszystko. Prawdopodobnie za długo siedziałem na emigracji. Albo niepotrzebnie wróciłem.

 http://wyborcza.pl/1,75478,9276717,Niechciani_na_rynku_pracy.html

sobota, 15 stycznia 2011

Różnica

Zasadnicza różnica pomiędzy szwajcarskim i polskim kierowcą jest taka, że kierowca szwajcarski na widok pasa dla pieszych automatycznie zwalnia i zatrzymuje się, a polski kierowca dodaje gazu.

W Szwajcarii i w Stanach Zjednoczonych nie wszyscy kochają swoją pracę, podobnie jak w Polsce. Robi jednak wrażenie, że w znakomitej większości ludziom na niej zależy, że ją szanują i doceniają. U nas to znakomita mniejszość. Dlaczego?

Wyodrębniłem sobie kilka grup pracujących:
- starają się i im wychodzi (grupa idealna)
- nie starają i samo im wychodzi (wyjątki którym zazdroszczę)
- starają się, ale im kiepsko wychodzi
- nie starają i kiepsko im idzie (powinni być wyrzuceni na zbity pysk, ale ciągle są i nic)

Mroczna mentalność PRL u jeszcze ciągle drzemie w narodzie i jest najwidoczniej dziedziczona z pokolenia na pokolenie, bo jej objawy spotykam na każdym kroku w instytucjach państwowych, ale co najdziwniejsze - w prywatnych również, takich np. jak banki, sklepy, usługi. Z moich osobistych doświadczeń wynika, że najbardziej zatruta jest tą ohydną mentalnością Warszawa. Nasza prowincja bywa elegantsza, bardziej zadbana i sympatyczna. Tam właśnie wyjadę w poszukiwaniu lepszej jakości życia. Lepszej jakości zwykłego, szarego dnia.

sobota, 14 sierpnia 2010

Kochani, życzliwi rodacy

Moja koleżanka z pracy (nazwijmy ją Ania), postanowiła wykorzystać 10 dni urlopu pomimo, że uprzednio z rozgoryczeniem prosiła, aby pozwolono jej wyjechać we wrześniu. Chodziło o tłumy ludzi, których pragnęła uniknąć oraz o ceny (wiadomo, że w sezonie jest drożej). Zwierzchnicy przyjęli jej decyzje z zadowoleniem i dziewczyna zaczęła się cieszyć perspektywą wakacji.

Nieopatrznie powiedziała kolegom, że wyjeżdża nad jeziora. W krótkim czasie usłyszała niespodziewanie komentarz: " Niby nie ma pieniędzy, a teraz sobie wyjeżdża."

Przyszła do mojego biura ze łzami w oczach. Powiedziałem jej: "Kochanie, czego byś nie zrobiła, będzie źle. Gdy następnym razem powiesz, że zostajesz w domu, żeby odmalować mieszkanie, usłyszysz z jakiegoś korytarza, że jesteś skuza do kwadratu, bo szkoda ci dutków na głupie wakacje nad jeziorem."

wtorek, 17 listopada 2009

Jarzynowe dialogi

Na mojej ulicy jest nowo powstały sklep warzywny. Ceny w nim są aptekarskie, ale odległość od mojego domu jest tak minimalna, że ulegam słabościom.
Pani Jarzynka słuchając bzyczącego radia zagadała do mnie dzisiaj:

- Cóż to się dzieje na świecie! Dzieciaki w szkołach się zabijają! Co za czasy!

Ja:

- No cóż, jak się nie pozabijają w szkołach, to rak albo grypa je wykończy. Jakoś odejść trzeba. Dlatego cieszmy się życiem dziś i teraz, jeśli można, bo jutro - nic nie wiadomo.

Pani Jarzynka (śmiertelnie poważnie):

- Tak, ale niektóre sprawy są poza naszą kontrolą. Na przykład - nie możemy się w Polsce zaszczepić przeciw grypie, nawet jeśli byśmy chcieli, bo nasz wspaniały rząd wszystko zaniedbał!

Podniosłem wzrok znad siaty z kartoflami i już miałem coś odpowiedzieć, ale ostrzegawczy wyraz twarzy Pani Jarzynki spowodował, że...

- Ciepło dziś, prawda? szkoda, że tak wilgotno. Do widzenia, życzę miłego popołudnia.

sobota, 7 listopada 2009

Ubytek w teorii Kopernika

Psie kupy na każdym kroku, to zmora moich spacerów. Wszelkie protesty na ten temat spotykają się z niezmiennym "o la boga, zwierząt nie kocha, a zwierzę też człowiek itd...", ale już fakt, że ja właśnie właścicieli nie znoszę, to nikomu do głowy nie przychodzi. Pies to trącał.

Jest też fajna nowina. Na mojej ulicy powyrywali betonowe, ohydne latarnie i wstawili nowe, podrabiane pod stare. Inne światło, inny klimat, zrobiło się bardzo nastrojowo.

W stolicy majsterkuje się teraz mnóstwo: nowe asfalty, poszerzania jezdni, nowe chodniki, boiska. Nie wiem czy zawsze wszystko ma sens, ale wiem, że świeżo zmienione chodniki są pofalowane od pierwszej chwili swego istnienia. Zastanawiam się czy nie warto by było nanieść poprawkę do teorii kopernikowskiej, bo patrząc na te warszawskie chodniki, wydaje się ona niekompletna.

czwartek, 15 października 2009

Logika i matematyka po polsku

Pracując w kiosku mam okazję napatrzeć się i nasłuchać różności, często trudnych do wytłumaczenia.

Zacznę od najtrywialniejszego spostrzeżenia: logika + matematyka dnia powszedniego w wersji polskiej zaprzecza ogólnie przyjętym na świecie regułom.

Przykład: klienci emeryci i renciści, kupujący regularnie Superexpress, Fakt, Nasz Dziennik i Trybunę Ludu, użalają się na permanentny brak pieniędzy (otrzymywane od państwa kwoty wahają się od 450 do 1100 złotych PLN). Większość z tych ludzi zajmuje mieszkania tzw czynszowe, a miesięczne płatności przewyższają znacznie wysokość rent i emerytur. Do tego dochodzi żywność, leki nierefundowane, podstawowe środki czystościowe, wymienione wyżej gazety, a do tego upasione, osowiałe psy, na ogół maści nieokreślonej. Dorzućmy witaminki i wizyty u weterynarza.

Innym przykładem są ludzie w wieku 19 - 50 lat, skarżący się na marne zarobki lub całkowity brak zatrudnienia, ale wydający przeciętnie 500 zł miesięcznie na papierosy, nie mówiąc już o 24 godzinnej aureoli oparów alkoholowych, których wycenić cyfrowo niestety nie potrafię. Połowa z nich zajeżdża brudnymi samochodami ( nigdy rowerem), panowie mają tatuaże i ogolone głowy, a panie fryzury a la Doda + tipsy a la Jola Rutowicz. Palą Vice Roy'e, LM i Red White'y.

Wśród stałych klientów jest kilka przypadków ekstremalnych: każdy utrzymujący się z renty lub marnej emerytury, u którego mieszka jakiś bezrobotny syn, albo samotna córka z jednym małym dzieckiem (lub więcej). Taka staruszka/szek, kuśtyka o lasce przez całą ulicę, żeby kupić swemu dziecku papieroski i batonik dla wnusia, a przy okazji poopowiadać, jaką to straszną kolejną noc przeżył/a, bo pijany synuś nie chciał jej wpuścić do mieszkania i tak przesiedział/a do rana na klatce schodowej. W reakcji na moją sugestię, że powinno się synusia wysłać do jakiejkolwiek roboty, a następnym razem nie marznąć na schodach tylko wezwać policję, usłyszałam, że to nie po katolicku.

niedziela, 23 sierpnia 2009

"Córka pani Heni" czyli profesor ma rację

Pani Henia, była dozorczyni, obecnie na emeryturze, opowiada mi przy każdym spotkaniu na ulicy, jak to jej córka nie może się po prostu opędzić od pracy. I ona (ta córka) nic nie robi tylko zmienia i zmienia. Z gorszej, zawsze na lepszą. I ledwo gdzieś pójdzie, to zaraz chce jej się czegoś innego, a wszyscy ją błagają, żeby nie odchodziła. Dawni szefowie wydzwaniają bez przerwy i pytają czy przypadkiem ona pracy nie szuka. Bo każdy by ją zaraz wziął (znaczy do pracy) i to na lepszych warunkach, co poprzednio. Pani Henia próbuje córce wytłumaczyć, że tak nie można, bo się tamta w końcu doigra i zostanie na lodzie, ale gdzie tam. Jak grochem o ścianę. O, teraz znowu zmieniła. W tamtej, ostatniej jest oficjalnie jeszcze na urlopie, ale tak po prawdzie, to już zaczęła w nowej firmie. Zaproponowali jej mniej odpowiedzialności, podwójną pensję, samochód służbowy i coś tam jeszcze, pani Henia nie pamiętała dokładnie. Aaa, zdaje się, że ten, że komórkę, taką ze wszystkimi tymi, no z tym, jak mu tam... Z majlem, z radiem, nawet, że zdjęcia robi takie, co widać od razu - jak w telewizji.

- A pani ciągle szuka? I co? I nic?

Ano właśnie. Szukam, nawet pół etatu. Szukam głównie tam, gdzie przydatna jest znajomość języka francuskiego i angielskiego w kontaktach z ludźmi. Wysłałam ponad 250 ofert w odpowiedzi na ogłoszenia prasowe i internetowe. Nie otrzymałam ani jednego zaproszenia na wstępne spotkanie. Cisza.

Pani Henia tylko wzruszyła ramionami i powiedziała dokładnie to samo, co profesor Janusz Czapiński postuluje w swoich naukowych hipotezach:

- Tak z ulicy? Pani, ja to bym kogoś nieznajomego nigdy nie wzięła do pracy. A ja wiem, co to za numer? Jeszcze człowieka oszuka i tyle. Pani, toż to trzeba najpierw kogoś znać, inaczej nie da rady.

piątek, 21 sierpnia 2009

Brak zaufania...

Prof. Czapiński: Polsce grozi brak rozwoju

Katarzyna Growiec
2009-08-01, ostatnia aktualizacja 2009-08-01 12:26

Trzeba pamiętać, że do wyczerpania się potencjału rozwojowego Polski w oparciu o kapitał ludzki zostało może jakieś 10 lat. W tym czasie świat się nasyci naszymi łopatami do zgarniania śniegu i o nas zapomni. - uważa profesor Janusz Czapińskim, psycholog społeczny


Janusz Czapiński, twórca Diagnozy 2009
Fot. Adam Kozak / AG
Janusz Czapiński, twórca Diagnozy 2009


- Dlaczego uważa Pan, że rozwój ekonomiczny Polski zostanie zahamowany w najbliższym czasie?

- Do takiego wniosku doprowadziła mnie analiza danych z badań międzynarodowych m.in. European Social Survey i World Value Survey. Analizując te dane, zauważyłem, że inne czynniki decydują o wzroście PKB w krajach biednych, a inne w - bogatych.

- Czy do tej pory jakoś inaczej wyjaśniano wzrost dochodu narodowego i rozwój gospodarki?

- Ekonomiści wyróżniali trzy rodzaje kapitału, które są odpowiedzialne za rozwój gospodarki kraju - kapitał fizyczny, czyli pieniądze, grunty, maszyny, kapitał ludzki i kapitał społeczny.
- Czy się różni kapitał ludzki od społecznego?

Przez kapitał ludzki ekonomiści rozumieli w połowie ubiegłego wieku poziom wykształcenia ludzi, ich mobilność oraz doświadczenie zawodowe. Z czasem ten kapitał został poszerzony o czynniki takie jak zdrowie - zarówno fizyczne jak i psychiczne a także motywacja do pracy - czynnik czysto psychologiczny. Kapitał społeczny zainteresował ich najpóźniej, ponieważ modele budowane w oparciu o poprzednie dwa rodzaje kapitałów słabo tłumaczyły, dlaczego jedne kraje rozwijają się dobrze, a inne w ogóle się nie rozwijają,

Przez kapitał społeczny rozumiem zaufanie społeczne, skłonność do stowarzyszania się tj. samoorganizacji społeczeństwa, gotowość do działania na rzecz innych ludzi, obecność zjawisk korupcyjnych w danym kraju i etykę korporacyjną. Niezależnie od tego, który z powyższych czynników brałem w moich badaniach pod uwagę, wyniki były takie same.

- Jakie?

Otóż, w krajach ubogich tj. w takich, w których PKB na mieszkańca jest dzisiaj poniżej 16-17 tys. dolarów amerykańskich, o tym czy w przyszłości będą się one rozwijać ekonomicznie i w jakim tempie, decyduje wykształcenie obywateli. Im więcej obywatele tych krajów inwestują w wykształcenie - bez względu czy inwestują w prywatne szkolnictwo czy w bezpłatny dostęp do szkolnictwa - tym lepsze są perspektywy rozwojowe dla kraju. Natomiast w krajach bogatych tj. z PKB na mieszkańca powyżej 16-17 tys. dolarów amerykańskich na mieszkańca, dalsze inwestowanie w wykształcenie już nie przesądza o tym, czy kraj będzie się dalej rozwijał ekonomicznie.

- To co w takim razie decyduje o rozwoju i konkurencyjności krajów bogatych?

- Decyduje kapitał społeczny. W krajach rozwiniętych o sukcesie decyduje nie to, co ludzie mają w głowach, ale to, co jest między ludźmi - decyduje jakość relacji społecznych. Im większe zaufanie społeczne, im większa gotowość do współpracy, im mniej korupcji, tym lepsze perspektywy rozwojowe. Każdy z tych elementów wyjaśnia połowę dynamiki dalszego rozwoju.

W podobnej proporcji w krajach ubogich o szansie rozwoju decyduje to, co ludzie mają w głowie - wykształcenie, przygotowanie do zawodu, motywacja do pracy, to czy są zdrowi. W krajach biednych motorem rozwoju ekonomicznego jest kapitał ludzki, a w krajach bogatych jego miejsce zajmuje kapitał społeczny.

- To jak ludzie odnoszą się do siebie nawzajem ma tak bardzo duże znaczenie dla perspektyw ekonomicznego rozwoju kraju?

- Jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie nie mam, ale można wyróżnić kilka efektów lepszych relacji między ludźmi i ich bezpośredni wpływ na warunki ekonomiczne.

- Jakie to efekty?

- Pierwszy efekt - bardzo ważny - to obniżenie kosztów transakcji w biznesie. Ludzie, którzy mają do siebie zaufanie i potrafią negocjować, dobijają interesu w znacznie krótszym czasie niż, gdy podejrzliwie i wstrzemięźliwie podchodzą do ofert biznesowych. Po drugie dobre relacje zapewniają one lepszy i szybszy obieg informacji. Także szybszy obieg informacji w ramach dużych firm, które składają się z wielu departamentów. Trzeci efekt, to jest po prostu uruchomienie twórczości. Można nie ufając nikomu, produkować wyśmienite łopaty do zgarniania śniegu. Proste produkty można wytwarzać w kraju, w którym jest bardzo niski kapitał społeczny i na tym zarabiać. Ale jeśli chcielibyśmy zająć się produkcją hi-tech, albo wprowadzić na światowy rynek własny produkt - jak Finlandia Nokię - to potrzebne jest do tego wzajemne zaufanie, umiejętność współpracy, atmosfera, że mamy pewną pracę i łatwo dostaniemy informację, której szukamy. I że - wreszcie - nasz genialny pomysł zostanie doceniony i wdrożony do produkcji, że zawistnicy nie zniechęcą nas do twórczej pracy.

- Mówi Pan, że ważny czynnik związany z kapitałem społecznym to jest czystość reguł gry. Co przez to należy rozumieć?

- To oznacza zarówno brak przyzwolenia na korupcję jak i wysoką etykę korporacyjną. W krajach, w których jest wysoki kapitał społeczny, przetargi trwają krótko bez ciągłego odwoływania się od decyzji wszystkich tych, których w jakimkolwiek stopniu sprawa dotyczy. To wyjaśnia dlaczego w Polsce przez ostatnie 20 lat, mimo niezwykłej zaradności i pracowitości Polaków, nie udało się tak naprawdę zrealizować żadnego wielkiego projektu publicznego.

- Ale próbujemy...

- W Polsce państwo nie ma zdolności inwestowania pieniędzy, które zbiera od obywateli w postaci podatków. Państwo zbiera te pieniądze tak naprawdę po to, żeby je redystrybuować, żeby wziąć z jednego miejsca i dać w inne miejsce. Ale państwo powinno mieć zdolność inwestowania pieniędzy obywateli. Nie potrafi tego nie dlatego, że urzędnicy są opieszali, ale dlatego, że żaden duży projekt inwestycyjny państwa nie ma szans na szybką realizację i urzędnicy o tym wiedzą. W związku z tym działają tak, jakby ten projekt był z góry skazany na niepowodzenie.

Trzeba pamiętać, że do wyczerpania się potencjału rozwojowego Polski w oparciu o kapitał ludzki zostało może jakieś 10 lat. W tym czasie świat się nasyci naszymi łopatami do zgarniania śniegu i o nas zapomni.

- Czy uda się przez najbliższe 10 lat rozwinąć kapitał społeczny na tyle, żeby polska gospodarka była bardziej innowacyjna?

- Szanse na rozwój kapitału społecznego, który jest niezbędny do rozwoju bogatych krajów, są nikłe w Polce, bo kapitał społeczny jest uwarunkowany kulturowo, a w tym obszarze kultury - stosunku człowieka do człowieka - w Polsce zmiany są albo żadne albo dostrzegalne jedynie z pomocą silnie powiększającej lupy.

- Polacy są generalnie do obcych uprzedzeni.

- Badacze mówią, że Polacy są uprzedzeni wobec przedstawicieli innych grup etnicznych, ras czy wyznawców innych religii, ale moim zadaniem Polacy są uprzedzeni tak samo do innych Polaków - nawet swoich sąsiadów. Wspólnym elementem tych uprzedzeń jest bowiem brak zaufania, który jest w Polsce dojmujący. Polak ma dokładnie tak samo niewielkie zaufanie do innego Polaka jak do Kazacha czy do osoby prawosławnej. Polak tak samo się boi, że go oszuka inny Polak jak boi się, że go oszuka Niemiec, Ukrainiec czy Rosjanin
Kim jest więc "obcy" dla Polaka?

- Dla Polaka "obcy" jest każdy ten, kto jest spoza rodziny i kogo nie zna się od lat i nie uznało za sprawdzonego i lojalnego przyjaciela - a to jest dość wąskie grono osób!

- Dlaczego w Polsce "swój" to tylko członek rodziny lub osoba, którą zna się od lat?

- Podobnie jest w całym naszym regionie - w Europie Środkowo-Wschodniej. Ale i tak Polska się wyróżnia in minus na tle innych krajów regionu, więc można powiedzieć, że niskie zaufanie w Polsce naprawdę jest fenomenem. Nie jestem historykiem więc trudno byłoby mi analizować jakie były losy polskiej mentalności w tym względzie, poczynając od założenia państwa polskiego. Warto jednak zwrócić uwagę na kilka instytucji regulujących życie społeczne, odróżniających Polskę od innych państw, jak liberum veto. Liberum veto oznaczało przyznanie pojedynczym przedstawicielom parlamentarnym, prawa które sprawiało, że nawet najlepsze pomysły w imię dobra wspólnego, mogły zostać utrącone. I choć instytucja ta nie była nadużywana, to istotne jest, że w ogóle znalazł się taki kraj na świecie, w którym wymyślono, że jeden człowiek może mieć ważniejszy głos od demokratycznej większości. Prawo takie niejako promowało prawo jednostki ponad dobrem wspólnym.

- Dzisiaj się mówi, że polskie społeczeństwo jest społeczeństwem chłopskim.

- Ja bym dodał, że to jest społeczeństwo w dużej mierze chłopskie rzeczywiście, ale z mentalnością sarmacką. Chłopi przejęli sposób patrzenia na świat od swoich byłych panów czyli szlachty. Patrzą kategoriami własnego podwórka i w ogóle nie widzą związku między tym, co się dzieje na własnych 100 hektarach a tym, co się dzieje w okolicy, a już zwłaszcza - co się dzieje w całym organizmie zwanym państwem.

- Co można Pana zdaniem zrobić, aby nauczyć ludzi otwartości i współpracy?

- Utrwalanie sytuacji, kiedy pojedynczy obywatel nie dostrzega korzyści płynących ze współpracy z innymi, trwało w Polsce przez całe wieki i nie da się łatwo namówić nas do tego, abyśmy byli przyjacielsko nastawieni do innych Polaków - także tych spoza rodziny i przyjaciół. Żebyśmy zaczynali każdy nowy kontakt z założeniem, że druga osoba jest uczciwa i ma dobre intencje. Trzeba się do tego zabrać systemowo i edukować dzieci od najmłodszych lat, żeby pokazać im, że ze współpracy między ludźmi płynie ogromna korzyść i radość.

- Bo dorosłych Polaków nikt na inną modłę już nie przerobi?

- Dokładnie, trzeba więc zacząć od najmłodszych - 3-4- latków. W tym celu trzeba by było stworzyć miejsca w przedszkolach dla wszystkich 3-latków, tak jak w krajach skandynawskich, które są krajami, gdzie ludzie najbardziej sobie ufają spośród wszystkich krajów na świecie. I najważniejsze: trzeba zmienić filozofię funkcjonowania polskiej szkoły - dlaczego wszystkie zadania mają być zlecane do wykonania samodzielnego a nie w grupach?

- Pewnie nauczyciele obawiają się, że słabi uczniowie będą wykorzystywać zdolniejszych i podłączą się pod ich sukces.

- To są argumenty, które słyszałem od urzędników ministerialnych i nauczycieli - obawa o "pasażerów na gapę". Ale moim zdaniem niech by i byli tacy "pasażerowie na gapę", ale tu chodzi o korzyść narodową! A nie o to, że Jaś czy Karol będzie dostawał dobre oceny mimo tego, że sam się nie przyłoży do zbiorowej pracy. W późniejszym życiu, jak Jaś z Karolem pójdą do pracy, dostaną wypłatę dokładnie taką, na jaką zasługują. Zresztą wcześniej zewnętrzne egzaminy dobrze zweryfikują, kto się przykładał do zespołowej roboty a kto nie. I sam Jaś zorientuje się w pewnym momencie, że w jego własnym interesie jest, aby zakasać rękawy, bo inaczej marnie skończy.

- Czego dobrego dla kraju nauczy ich grupowa praca? Brzmi trochę jak dobrze znany nam kolektyw...

- Zbiorowe zadania w szkole pokazują jaka jest korzyść ze współpracy; z reguły zadanie będzie bowiem dobrze wykonane, ale trud jaki każdy z uczniów będzie musiał w nie włożyć będzie znacznie mniejszy niż gdyby każdy pracował indywidualnie. To jest odkrycie na miarę przewrotu kopernikańskiego w umysłach małych Polaków. Korzyścią z takich zajęć - oprócz ograniczenia szkolnej nudy - jest nabycie umiejętności społecznych jak negocjowanie z innymi, uczenie się jak załatwia się sprawy z ludźmi, a nie tylko jak się załatwia sprawy z kredą w ręku przy tablicy. W ten sposób dzieci nabędą wiedzę społeczną - że różni ludzie są różni, że mogą mieć różne potrzeby i interesy. To jest pierwszy krok do osłabienia uprzedzeń wobec tych, którzy prezentują inne zdanie wobec mojego. Dzieci nauczą się, że informacjami można się wymieniać i to nie jest tak, że jak ja udzielam komuś informacji, to mi ubywa wiedzy i coś tracę.

- Wydaje się, że Polakom jest łatwiej działać wspólnie, gdy walczą przeciw wspólnemu wrogowi czy odebraniu przywilejów. Nie mamy natomiast pozytywnych wizji, aby zmienić dobre na jeszcze lepsze. Dlaczego tak jest?

- To jest bardzo głęboko związane właśnie z zaufaniem społecznym. Jeśli ja mam niskie zaufanie do Pana B, ale widzę, że mamy wspólnego wroga - Pana C, to ja mogę warunkowo zaufać Panu B, bo jestem przekonany, że łączy nas wspólny interes. Tym interesem jest odsunięcie zagrożenia ze strony Pana C. To jest zaufanie warunkowe i wyspecyfikowane - ograniczone do jednej konkretnej sprawy do załatwienia. Niemal ze 100% pewnością w Polsce działa takie warunkowe zaufanie, że w obliczu wspólnego wroga możemy się szybko zjednoczyć, wziąć kije i przepędzić Pana C. I tak powstała i funkcjonowała "Solidarność". Gdy zniknął wspólny wróg, natychmiast przestało być istotne to warunkowe zaufanie, bo już nie było wiadomo jakie ludzie mają interesy - te pozytywne.

- Tym, co nas łączy może być nie tylko wspólny wróg?

- Tak, to może być też wspólna żałoba. Na przykład po śmierci Jana Pawła II doświadczyliśmy w Polsce takiego zjawiska. Jednak mam wrażenie, że fakt, że ludzie zaczęli się spontanicznie gromadzić w miejscach publicznych, zapalać świece, modlić się, nie szedł wcale w parze z trwałym otwarciem się na drugą osobę. Otworzyliśmy się tylko o tyle, o ile wspólnie płakaliśmy, ale to nie znaczy, że generalnie zaufaliśmy tym, z którymi dzieliliśmy smutek.

- Skończył się płacz i niestety wróciliśmy do stylu dawnych relacji - podszytych nieufnością?

Niestety, ani doświadczenie "Solidarności", ani żałoby po śmierci Jana Pawła II niczego nie wniosły do naszego kapitału społecznego. Być może tylko pokazały, że jest także w Polsce potencjał wspólnotowy. Tylko trzeba ten potencjał z negatywnego - zwróconego przeciwko wspólnemu wrogowi - komunie czy śmierci - zamienić w pozytywny. Tylko, że to jest trudne i niesłychanie żmudne. Innymi słowy, kapitał społeczny jest budowany na relacjach, w których przyjmujemy, że mamy wspólny pozytywny cel.

czwartek, 20 sierpnia 2009

Praca "do śmierci", nie straszna mi

Zaczęło się pomstowanie, bo w mediach podali, że wiek emerytalny może zostać przesunięty do 67 roku życia. Gdyby ludzie lubili swoją pracę, a może nawet (co jo godom!) byliby z niej dumni, sami chcieliby pracować jak najdłużej - "ile sił i zdrowia starczy" (fala wody na mój młyn.)

Badania naukowe wykazały już dawno, że liczba chorób, załamań nerwowych i zgonów wzrasta (bodajże szczególnie u Panów?) w momencie przejścia na emeryturę. I to nie dlatego, że padają ze zmęczenia po ciężkiej pracy (choć takie wypadki też się zdarzają, tego nie kwestionuję). Głównym powodem jest: brak projektu na wypełnienie wolnego czasu, poczucie: osamotnienia, bez przynależności, bez użyteczności. Izolacja. Wtedy zdrowie psychiczne i fizyczne gwałtownie podupada, a jedno z drugiego najczęściej wynika. Linki do publikacji badań postaram się znaleźć (dla porządku). Wniosek: przy pracy źle, bez pracy jeszcze gorzej. Podobnie jest w dzieciństwie: nuda i brak zajęcia powodują zły nastrój i nieznośne zachowanie. Zabawa dla dziecka stanowi idealne preludium do lukratywnej zabawy (pracy?) w życiu dorosłym.

Zmieńmy swoje nastawienie. Przestańmy gloryfikować świętowanie, które w praktyce i tak niewiele ma wspólnego z duchowym wyciszeniem czy refleksją. Czyż pracowitość nie jest cnotą? Niestety, w dzisiejszych czasach - adekwatna do umiejętności praca, stała się przywilejem. To trzeba zmienić.

Nie wszyscy muszą kończyć wyższe studia, bo nie każdy się do tego nadaje i nie każdy tego naprawdę chce. Każdy jedynie powinien mieć taką możliwość, a w jaki sposób ją wykorzysta, to już jego sprawa. Są jeszcze technika, szkoły zawodowe, które mogłyby kojarzyć się z nauką dobrego fachu i lukratywnością, a nie z jednopłatowym mózgiem łobuza.

Uczmy dzieci odpowiedzialności za swój los. Uświadamiajmy, że ulica przed domem, to jak korytarz we własnym mieszkaniu: też trzeba posprzątać, naprawić, uszanować. Emerytura - jeśli chcesz dłubać w nosie przedwcześnie - zapracuj i zainwestuj, a potem sam ją sobie sfinansuj.

Ja widzę jeszcze inny problem, trywialny aż do bólu. Ludzie przed 50-ką nie mogą znaleźć pracy, a często bardzo tego pragną i potrzebują. Minister Boni dużo mówił o programie "50 +" jakiś czas temu, ale nagle wszystko ucichło. Dlaczego? Czy "problem" został zażegnany? Ja wcale nie marzę o emeryturze. Chcę dla siebie godnej pracy i to jak najdłużej. Czyżbym była w tym osamotniona?

wtorek, 2 czerwca 2009

Obca prawda jest gorsza od znajomego kłamstwa

Z tytułami perturbacji kilka

"Przed wielu laty pojechałem z moją przyjaciółką, świeżo obronioną doktor nauk technicznych, na wakacje na wieś. Żartobliwie zwracaliśmy się do siebie - "szanowna pani doktor" i "drogi magistrze".
Gospodyni, u której wynajmowaliśmy kwaterę rozgłosiła po wsi, ze zjechali do niej na letniaki - lekarka i aptekarz. W tamtych latach to była wyjątkowa okazja dla mieszkańców, do ośrodka zdrowia kilkadziesiąt kilometrów, czasu na dojazdy zawsze brakuje, a tu jak z nieba tacy fachowcy i to z samej Warszawy.
Nieświadomi niczego, nie zwracaliśmy początkowo uwagi na liczne wypowiedzi o stanie swego zdrowia, wygłaszane przez gospodynię, jej rodzinę oraz przypadkowo napotkanych mieszkańców. Na delikatne i zawoalowane prośby o poradę odpowiadaliśmy w miarę swej skromnej i całkowicie teoretycznej wiedzy. Po pewnym czasie jednak do naszej gospodyni zaczęli zgłaszać się potencjalni pacjenci z widocznymi schorzeniami.
Przerażeni odmówiliśmy wszelkiej pomocy, kierując wszystkich i namawiając na wizytę u lekarza. Wtedy usłyszeliśmy -"a co to za dochtorka, co się na wrzodach nie zna, a ten pigularz nawet maści przyłożyć nie umie". Wyjeżdżaliśmy z bardzo miłej zresztą wioski z poczuciem jakbyśmy kogoś rozmyślnie oszukali.
Prawdopodobnie mieszkańcy wzięli nas za zadzierających nosa i pragnących chwalić się nieposiadanymi tytułami mieszczuchów. Nasze tłumaczenia, że przyjaciółka jest doktorem, ale od inżynierii sanitarnej, a ja antropologiem kultury, nikogo nie przekonały.
Podobnie ma się sprawa z profesorem Władysławem Bartoszewskim. Ten wybitny i niezwykle zasłużony dla Polski historyk, polityk i działacz społeczny nie ma dyplomu ukończenia studiów wyższych. Ale nie ma go nie dlatego, że jest głupi, albo mu się napisać pracy magisterskiej nie chciało, jak to u niektórych słynnych spin doktorów ostatnio w modzie, tylko mu na to wpierw naziści, a potem komuniści nie pozwolili.
Maturę zdał w 1939. Od października 1941 do początku 1944 studiował polonistykę na tajnym Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Warszawskiego. W grudniu 1948 został przyjęty na trzeci rok polonistyki na Wydziale Humanistycznym UW. Studia zostały przerwane aresztowaniem w grudniu 1949 i pięcioletnim pobytem w więzieniu. W listopadzie 1958 został przyjęty na studia polonistyczne na Wydziale Filologicznym UW w trybie eksternistycznym. Złożył na ręce prof. Juliana Krzyżanowskiego pracę magisterską, jednak decyzją rektora UW został w październiku 1962 skreślony z listy studentów. Posiada jednak nieformalny tytuł profesorski nadany mu decyzją rządu Bawarii, gdzie wykładał na uniwersytetach w latach 1983-1990.
Wielokrotnie na forach internetowych, przeciwnicy profesora Bartoszewskiego oceniają go negatywnie z powodu tego, iż jego tytuł profesorski nie jest taki, jak np. panów Kaczyńskich, tzn. podparty politycznie i merytorycznie zgodnymi z zasadami marksizmu-leninizmu i ideologią socjalistyczną pracami naukowymi.
Ze, nie wypromował odpowiedniej liczby, miernych jak w/w doktorantów, a wreszcie, że nie podlizywał się władzy o niepodważalnie należne mu zaszczyty. Profesor działał, walczył z komuną, pracował na rzecz porozumienia międzynarodowego, pisał i publikował. Lista jego dokonań na patriotycznej niwie jest ogromna.

Dlatego myślę, ze wyśmiewanie i deprecjonowanie jego osoby z powodu luk w formalnym wykształceniu, nazywanie "maturzystą", czy "gimnazjalistą" jest nikczemnością. A tytuł profesora, jest podobnie jak doktora, przypisany nie tylko do jednego znaczenia. Do dziś gdy spotykam mych nauczycieli z liceum im. B. Prusa, z sentymentem nazywam ich profesorami, mimo, ze nie wszyscy mieli tytuł magistra.
Myślę też, ze podważanie czyiś praw do tytułów, choćby nawet nieformalnych i czysto honorowych, wynika z własnego bardzo niskiego poczucia wartości, zawiści i znakomicie wyhodowanego przez komunę konfliktu; inteligent – robol z podstawówką, a podkręcanego ostatnio przez zwolenników partii brata człowieka, którego dokonania naukowe są tematem drwin, co też jest mocno niesmaczne."
Paweł Ilecki [tylko magister]
pavile blog via: http://www.kontrowersje.net/node/3155
Napisałem spontaniczny komentarz pod tym kapitalnym artykułem, bo zdarzenie miało miejsce na portalu kontrowersje.net gdzie każdy ma prawo swoje refleksje notować:

Z tymi tytułami, to w ogóle się coś porobiło na całym świecie. Pamiętam, że w Nowym Jorku wielokrotnie obsługiwał mnie jako kelner świeżo upieczony magister filozofii lub matematyki ( niekoniecznie emigrant), albo doktor czegoś tam prowadzący taksówkę (raczej emigrant). Ja sam wróciłem około 3 lata temu do Polski z dumnym tytułem "master of science" i sprzedaję zapałki i papierosy w kiosku, żeby zarobić na grzanki i ulubioną herbatkę. Nie afiszuję się z tym ( bo niby po co?) i byle cham potrafi mnie zbluzgać od ... (słowo wysoko niecenzuralne) tylko dlatego, że się pomyliłem i zamiast "Faktu" podałem mu "Superexpress", albo że sobie za dużo wypił i ma po prostu zły dzień.

Pistacjowy Kosmita
W odpowiedzi na swój komentarz odnalazłem coś takiego:

a ja

A ja kilkadziesiąt lat temu pojechałem sobie do Wrzeszcza i w Cristalu pokłóciłem się z fagasem o to że DLACZEGO w takim "exklusive"( CHGW jak to sie pisze ale ze mnie taki Anglik z Gdańska) lokalu to za "wyszczanie się w kiblu" trzeba płacić i to nie u tzw. (babci klozetowej) tylko u szatniarza...
Wypłacalny byłem ale ZGADNIJ KTO WYGRAŁ?
To tak "a propos" tego Niu Jorku i "świerzo upieczonych magistrów"
Chichot historii...
W Niu Jorku obsługiwał cię pewnie ten magister któremu biedaku w Polsce sprzedajesz zapałki..
Dziewczynka z zapałkami...
Bajki jakieś sadzisz Panie Magister z niu jorku..
PS
Szmatławców nie czytam.
Sami rozumiecie, że do przyjemności takie "cóś" nie należy, jeśli się jednak podjęło decyzję o internetowej publikacji swojej wypowiedzi, należy się liczyć z reakcjami różnej maści.

Rzecz jest o tyle warta uwagi, że szczere oburzenie niejakiego @jajcarza dotyczy rzekomego braku wiarygodności treści mojego komentarza. Czytelnicy znający mnie osobiście, docenią ironię całej sytuacji: gdybym nazmyślał "po Bożemu" wszystko byłoby zapewne cacy.

czwartek, 21 maja 2009

Poprzeczka wyżej

Uwielbiam polskie poczucie humoru, wrażliwość ludzi, ciepłą serdeczność. Jeśli je spotkam.

Nie znoszę ogólnego bałaganu, generalnego braku profesjonalizmu, niesolidności, marnotrawstwa. Drażni mnie powszechne chamstwo i brak elementarnego pojęcia o podstawowych zasadach kultury kraju cywilizowanego: anarchia kierowców, społecznie akceptowane publiczne pijaństwo, przepychanki, przekleństwa, wulgarny język.

Dziwi mnie, że nasze Panie tak często akceptują u swoich partnerów arogancję, niechlujstwo i brak kindersztuby ( całowanie w rękę kobiet jest akurat najmniej chyba potrzebne, a wykonane nieumiejętnie, śmieszy lub wręcz żenuje). Spacerując ulicami obserwuję ładne, eleganckie kobiety, wpatrzone z nabożnym uwielbieniem w ostrzyżonego na zero osiłka o tępym wyrazie twarzy i popularnym przekleństwem na ustach. O co tu chodzi? Jaki taki byle jaki, byle by był?

Jasne, że nie wszyscy tacy są. Na szczęście. Nie ma jednak powodu do samozadowolenia, tylko trzeba popatrzeć krytyczniej wokół siebie. To od Was, Drogie Panie, matki, siostry, żony, koleżanki i kochanki zależy, czy Polaków znowu będzie można słusznie nazywać eleganckimi ułanami. Trzeba ich pogonić i wychować. W tej chwili poprzeczka jest ustawiona o wiele za nisko.
W skali od 1 do 10, za kulturę osobistą i wizerunek przyznaję 3 punkty facetom i 8 dla Pań.

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Rozmowa z psychologiem społecznym

Jacek Żakowski: - Co nas czeka, kiedy wyjdziemy z tego kryzysu?
Janusz Czapiński: - Po kryzysie globalnym czeka nas nasz własny.
Dlaczego?
Bo się przestaniemy rozwijać. Pociąg globalnej gospodarki musiał się na chwilę zatrzymać, żeby przeprowadzić różne drobne naprawy. Za kilka czy kilkanaście miesięcy ruszy do przodu. Ale my nie zajedziemy daleko. W każdym razie nie na tym paliwie, na którym jechaliśmy przez dwie ostatnie dekady. Bo ono się kończy.
Co się kończy? (cd kliknij)

piątek, 20 marca 2009

Polonia bez granic

Mój pierwszy krok w kierunku debaty polsko-polskiej zakończył się, jak widać, fiaskiem. Nie znaczy to jednak, że nie warto próbować dalej.
Two Cents, Debunker, St. Wiarus & co., założyli forum dyskusyjne:
http://groups.google.com/group/polonia2009

Może Wam pójdzie lepiej. To jest ważne, żebyśmy zaczęli rozmawiać ze sobą przyjaźnie. Tak jak pisałam już wcześniej - jest w nas wielki pozytywny potencjał, ale podzieleni i rozbici na drobne, jesteśmy bezsilni. Namawiam wszystkich - kliknijcie i wskoczcie na Polonię bez granic. Życzę Wam konstruktywnej debaty. Good luck!
Dopisano 23 marca 2009:
Wykazałam akt dobrej woli polecając prywatne forum "Polonia bez granic" i zostałam w rewanżu, przez założycieli owego forum, zajadle obszczekana ( patrz komentarze poniżej.) Od dzisiaj nic nikomu nie polecam. Kropka.

niedziela, 15 marca 2009

Współczesna wersja MIMESIS

Czytam, czytam, czytam. Dyskusje na forach, zwierzenia, opinie i komentarze. Wszystko o re/emigracji, przez i o re/emigrantach. Z czasem zaczynają mi się rysować pewne określone tendencje. Na forach dyskusyjnych np. zbijają się w mniej lub bardziej ciasne grupy internauci, mający wystarczająco dużo wolnego czasu, aby swoje rozgoryczenia i frustracje (z kraju lub na obczyźnie) ubrać w mniej lub bardziej wyrafinowane słowa i poprzez sprytne podrzucanie swoich "wizytówek" na wszelkich możliwych forach, blogach, zgrupowaniach, itp. ściągać masowo dyskutantów na własne podwórko. Taka strategia stwarza iluzję, że dany adres jest uczęszczany, popularny, "in vogue" czyli, że warto się tam pojawiać i rozdawać na lewo i prawo własne wizytówki. To fascynujące, bo zupełnie samoistnie i naturalnie dochodzi do naśladownictwa w świecie wirtualnym schematów funkcjonujących w naszej codziennej rzeczywistości. Współczesna wersja MIMESIS?

Technologia udostępniła ludziom świat, w którym wszystko jest możliwe. Jednak mechanizmy zachowań ze świata poza wirtualnego odtwarzają się tutaj automatycznie na zasadzie reakcji Pawłowa, ale niby dlaczego miałoby być inaczej? Człowiek jest tylko taki, jakim potrafi być.

Ja urodziłam się z Syndromem Kosmity i konsekwentnie, choć nie zawsze świadomie, wiosłuję samotnie pod prąd. Marzy mi się głupio, żeby Polska stała się prawdziwą Ojczyzną dla wszystkich Polaków i gościnnym, tolerancyjnym i bezpiecznym miejscem dla każdego gościa, który do niej zawita. Nie mam żadnego prawa ani chęci do zmuszania kogokolwiek do odczuwania czegoś, czego nie odczuwa. Rozumiem, że duża grupa polskich emigrantów podpisała/by się obiema rękami pod tekstem Starego Wiarusa. Czy jednak ta diametralna różnica w nastawieniu do Polski musi nas koniecznie dzielić na dobrych i złych patriotów, na "warszawkę" i Polonusów? Na głupich, burakowatych kRajanów i światowych arystokratów z za granicy ? Cytowane epitety zaczerpnęłam z pouczających materiałów, które znalazłam dzięki Wolnej Amerykance. Zainteresowani znajdą tam dużo pikantniejsze zwroty.

Jeśli wzajemnej niechęci i braku porozumienia nie da się (na razie) u nas przeprogramować, to może moglibyśmy chociaż przestać obrzucać się błotem i nie prowokować, wyzłośliwiając się i szydząc na każdym kroku. Ludzie są z natury dobrymi istotami i WSZYSCY dobroci potrzebują. Zacznijmy od codziennej, ludzkiej życzliwości. Brzmi patetycznie i niech tak brzmi.