Większość ludzi z którymi się zetknąłem marzy o podróżach. Oni są otwarci na świat, na ludzi, a w ogóle "podróże uczą" itp., itd.
Dla mnie każda "podróż" to był zawsze mniejszy lub większy stres, a teraz, w miarę starzenia się, jest tylko coraz gorzej.
Nie znoszę pakowania - najchętniej podróżowałbym jedynie z paszportem i kartą kredytową.
W samolocie jest mi niedobrze, o jakiejkolwiek łajbie lepiej nie mówmy, w samochodzie czuję się jak w metalowej puszce i jedynie pociąg mi odpowiada, a taki najlepiej nadaje się na wypad do Koluszek.
Lipiec i sierpień oraz okres Nowego Roku są dla mnie nie do zaakceptowania ze względu na atakujące zewsząd tłumy. Koszmar.
Dobija mnie konieczność planowania wszelkich wypraw na konkretny czas. Gdy taki nadchodzi, ja już mam ochotę na coś zupełnie innego. Najbardziej cieszą mnie pomysły spontaniczne.
Nienawidzę tradycyjnego zwiedzania i męczy mnie powierzchowna gonitwa po wszystkich takich, co "koniecznie trzeba zobaczyć". G.... mnie to obchodzi.
Lubię się szwendać, odkrywać, poznawać i mieć czas. Czas na obserwację, na smak i zapachy. Lubię pauzy i przystanki, żeby się móc nacieszyć. Uwielbiam chwile estetycznej sytości i słodkiego rozleniwienia.
Gdy podoba mi się w jakimś miejscu, chciałbym tam zostać i pomieszkać przez jakiś czas.
Nie cierpię pośpiechu. Nie cierpię hałasu. Nie cierpię zabawy na siłę.
Pomyśleć, zamknąć oczy i ...już tam być. Tak by mi pasowało.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacyjnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacyjnie. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 9 sierpnia 2011
środa, 28 lipca 2010
Wakacyjna rozpusta
Byłem głodny i zmachany urzędami. Padał deszcz, ale było przyjemnie. Zachciało mi się tarasu z markizą i znalazłem wegetariańską knajpkę w ogrodzie. Zieleń była czyściutka i bujna naokoło, a do tego żywego ducha. Zjadłem placki kartoflano-warzywne z grzybami leśnymi w śmietanie i kiełkową sałatkę. Do tego - zielono - jaśminowa herbata. Było fajnie.
wtorek, 27 lipca 2010
Przymuszony urlop
Bo nie chciałem. Nie lubię urlopu w lipcu i w sierpniu. W maju i w czerwcu tak, ale w tym roku byłoby za wcześnie, bo dopiero zacząłem pracować 17 maja. We wrześniu odpada, bo szef wraca ze swoich wakacji i zacznie się orka (tak mnie wszyscy ostrzegają). Poza tym, wiele osób ma chrapkę na wrzesień, a ja jestem "nowy". Dano mi urlop tygodniowy teraz i nie bardzo mogłem odmówić, bo wyszedłbym na niewdzięcznego gbura. Postanowiłem zatem pozałatwiać sprawy swoje i rodzinne (zmiana banku np.), pojechać do Ikei (potrzebny mi wieszak na koszule), odwalić wizytę u notariusza i dentysty oraz tym podobne przyjemności. Zmęczyło mnie to wszystko do cna i poszedłem sobie dzisiaj do Zachęty:
Rajmund Ziemski, Pejzaż, (1953 - 2005)
Jan Lebenstein, Pieczęć Erosa i Thanatosa. Paryż, lata 60.
Obrazy i szkice bardzo mi się podobały (choć nie wszystko hurtem, jak leci), ale przyjemność popsuła mi panująca tam duchota. Jak w okresie średniowiecza, jedynym źródłem świeżego powietrza były otwarte na dole drzwi wejściowe.
Na dworze było chłodno, mroczno. Siąpiła mżawka.
Jutro (w zależności od pogody) przesiedzę w urzędach, albo pojadę sobie do Świdra, żeby połazić po lesie i nacieszyć się zielenią.
Obowiązkowy (krótki) urlop trudno jest korzystnie zagospodarować, choć to zapewne lepsze niż nic.
Rajmund Ziemski, Pejzaż, (1953 - 2005)
Jan Lebenstein, Pieczęć Erosa i Thanatosa. Paryż, lata 60.
Obrazy i szkice bardzo mi się podobały (choć nie wszystko hurtem, jak leci), ale przyjemność popsuła mi panująca tam duchota. Jak w okresie średniowiecza, jedynym źródłem świeżego powietrza były otwarte na dole drzwi wejściowe.
Na dworze było chłodno, mroczno. Siąpiła mżawka.
Jutro (w zależności od pogody) przesiedzę w urzędach, albo pojadę sobie do Świdra, żeby połazić po lesie i nacieszyć się zielenią.
Obowiązkowy (krótki) urlop trudno jest korzystnie zagospodarować, choć to zapewne lepsze niż nic.
wtorek, 24 lutego 2009
Ameryka, moja miłość
W sierpniu 2008 odwiedziłam na krótko Stany Zjednoczone, po 15 latach nieobecności. Miałam lekką huśtawkę emocjonalną, bo tak się składa, że Stany Zjednoczone są moją wielką miłością. Siedziałam tam kiedyś 8 lat, próbując bezskutecznie uregulować formalnie swoją sytuację. Nie udało się, bo prawdopodobnie nie było mi to pisane. Intelektualnie pogodziłam się z tym od dawna, emocjonalnie niestety jeszcze nie.
Ta ostatnia wizyta była pełna wrażeń, bo wiązała się przede wszystkim ze spotkaniem z moją przyjaciółką z lat szkolnych i poznaniem jej ostatniego (mam nadzieję) męża, nowego domu, wyjazdem do Nowego Jorku, jedzeniem Sushi, obejrzeniem rewelacyjnego spektaklu na Broadway'u (Gypsy z Patti LuPone w roli głównej!!!) oraz tygodniowym pobytem na Isleboro w Maine.
Wszystko było super, bo a) przyjaciółka pięknieje i emanuje energią, mimo nieubłaganych skutków przemijającego czasu, b) mąż okazał się bardzo fajny, bo przemiły i obdarzony olbrzymim poczuciem humoru, c) dom jest położony w oazie spokoju i bezpieczeństwa (posiadłość przyciąga jak magnes, nie zawsze przez gospodarzy mile widziane stada saren), d) Broadway jest dla mnie magicznym miejscem, e) Isleboro to wyspa z krainy marzeń, gdzie gra światła pomiędzy morzem i niebem jest spektaklem samym w sobie, a nocna kaskada migocących gwiazd na niebie stwarza nastrój podroży kosmicznej we wszechświecie. Do tego wszystkiego zajadaliśmy skorupiaki gotowane w białym winie, które sami zbieraliśmy w morzu, a homary (które zdarzało mi się jadać bardzo rzadko) usatysfakcjonowałyby chyba w pełni samego Brillat-Savarin.
Moja przyjaciółka świętowała swoje urodziny i tego wieczora zapaliliśmy na kamienistej plaży olbrzymie ognisko. Był bourbonik, cygarka, pluskanie wody, rześkie wrześniowe powietrze i strzelające iskierki palącego się drewna.
Nie jestem naiwnym głupkiem i wiem doskonale, że wszystko ma swoją cenę. Moi przyjaciele pracują dużo i ciężko każdego dnia, i nawet jeśli zajmują zawodowo prestiżowe stanowiska, nie są odgrodzeni parasolem ochronnym od codziennych, ludzkich trudności. Mają szczęście żyć w pięknym i generalnie mądrze zorganizowanym kraju, ale nawet Barack Obama (jakże im zazdroszczę takiego Prezydenta) nie ochroni ich przed kryzysem i trudnymi problemami.
Ja kocham Amerykę bezwarunkowo. Sama pracowałam tam jako niania, a jak trzeba było, to sprzątałam i ścinałam trawę. Nie miałam do czynienia z amerykańską Polonią ponieważ mój małżonek nie był Polakiem, a do tego nigdy nie nauczył się polskiego języka. Miałam okazję poznać lepiej amerykańskie obyczaje i mentalność, które bardzo mi przypadły do gustu, choć nie zawsze bezkrytycznie. Serce nie sługa. Pan Kazimierz Marcinkiewicz (nasz były pisowski premier) zakochał się bezgranicznie w Izabel (?). Ja zakochałam się w Ameryce. Nie potrafię patrzeć na nią obiektywnie, bo z góry jestem nastawiona na "tak". Niestety, była to miłość bez wzajemności i musiałam odejść. Trudne i bolesne przeżycie.
Teraz obserwuję ją sobie z daleka i jestem pełna nadziei i wiary, że poradzi sobie ze wszystkimi trudnościami i podniesie się jeszcze piękniejsza, silna i uzdrowiona. Ameryka, moja miłość.
Ta ostatnia wizyta była pełna wrażeń, bo wiązała się przede wszystkim ze spotkaniem z moją przyjaciółką z lat szkolnych i poznaniem jej ostatniego (mam nadzieję) męża, nowego domu, wyjazdem do Nowego Jorku, jedzeniem Sushi, obejrzeniem rewelacyjnego spektaklu na Broadway'u (Gypsy z Patti LuPone w roli głównej!!!) oraz tygodniowym pobytem na Isleboro w Maine.
Wszystko było super, bo a) przyjaciółka pięknieje i emanuje energią, mimo nieubłaganych skutków przemijającego czasu, b) mąż okazał się bardzo fajny, bo przemiły i obdarzony olbrzymim poczuciem humoru, c) dom jest położony w oazie spokoju i bezpieczeństwa (posiadłość przyciąga jak magnes, nie zawsze przez gospodarzy mile widziane stada saren), d) Broadway jest dla mnie magicznym miejscem, e) Isleboro to wyspa z krainy marzeń, gdzie gra światła pomiędzy morzem i niebem jest spektaklem samym w sobie, a nocna kaskada migocących gwiazd na niebie stwarza nastrój podroży kosmicznej we wszechświecie. Do tego wszystkiego zajadaliśmy skorupiaki gotowane w białym winie, które sami zbieraliśmy w morzu, a homary (które zdarzało mi się jadać bardzo rzadko) usatysfakcjonowałyby chyba w pełni samego Brillat-Savarin.
Moja przyjaciółka świętowała swoje urodziny i tego wieczora zapaliliśmy na kamienistej plaży olbrzymie ognisko. Był bourbonik, cygarka, pluskanie wody, rześkie wrześniowe powietrze i strzelające iskierki palącego się drewna.
Nie jestem naiwnym głupkiem i wiem doskonale, że wszystko ma swoją cenę. Moi przyjaciele pracują dużo i ciężko każdego dnia, i nawet jeśli zajmują zawodowo prestiżowe stanowiska, nie są odgrodzeni parasolem ochronnym od codziennych, ludzkich trudności. Mają szczęście żyć w pięknym i generalnie mądrze zorganizowanym kraju, ale nawet Barack Obama (jakże im zazdroszczę takiego Prezydenta) nie ochroni ich przed kryzysem i trudnymi problemami.
Ja kocham Amerykę bezwarunkowo. Sama pracowałam tam jako niania, a jak trzeba było, to sprzątałam i ścinałam trawę. Nie miałam do czynienia z amerykańską Polonią ponieważ mój małżonek nie był Polakiem, a do tego nigdy nie nauczył się polskiego języka. Miałam okazję poznać lepiej amerykańskie obyczaje i mentalność, które bardzo mi przypadły do gustu, choć nie zawsze bezkrytycznie. Serce nie sługa. Pan Kazimierz Marcinkiewicz (nasz były pisowski premier) zakochał się bezgranicznie w Izabel (?). Ja zakochałam się w Ameryce. Nie potrafię patrzeć na nią obiektywnie, bo z góry jestem nastawiona na "tak". Niestety, była to miłość bez wzajemności i musiałam odejść. Trudne i bolesne przeżycie.
Teraz obserwuję ją sobie z daleka i jestem pełna nadziei i wiary, że poradzi sobie ze wszystkimi trudnościami i podniesie się jeszcze piękniejsza, silna i uzdrowiona. Ameryka, moja miłość.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
