Urodziłem się w Kielcach. Od drugiego roku życia mieszkałem w Warszawie, na Mokotowie. Zimą jeździłem do Krakowa, do dziadków. Lato spędzaliśmy zawsze nad morzem, albo w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Bardzo mało podróżowałem. Byłem kilka razy w Bułgarii i dwa razy w Rosji, na wakacjach (głównie w Moskwie i w maleńkim miasteczku Sumy).
Ponad 30 lat swojego życia spędziłem na emigracji: w Szwajcarii (Genewa), we Francji (Prowansja), w Stanach Zjednoczonych (New Jersey, New York, Michigan, South Carolina, Rhode Island).
Od trzech lat mieszkam w Warszawie.
Bardzo nie lubię podróżować. Planuję stałą przeprowadzkę na polskie wybrzeże, bo tam się czuję najlepiej.
Miejscem moich marzeń (i pięknych wspomnień) pozostanie Karolina Południowa w Stanach Zjednoczonych. Mieszkałem tam przez 5 lat...cdn
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 15 lutego 2010
sobota, 17 października 2009
Huragan Hugo - 20 rocznica
Przyznaję, że przegapiło mi się - we wrześniu minęło 20 lat od Huraganu Hugo, który przeszedł sobie przez Południową Karolinę w czasie mojego tam żywota. Udało mi się znaleźć w internecie coś na kształt bloga ze wspomnieniami i zdjęciami z tamtego zdarzenia: Hugo - South Carolina
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
Kilka sekund z przeszłości
Zobaczyłam go znienacka w polskiej telewizji parę tygodni temu. To trwało zaledwie kilka sekund. Nie mogłam się pomylić, bo jego nazwisko widniało na pasku.
To było w latach 1986 - 88. Druga nieudana próba zalegalizowania stałego pobytu i otrzymania zielonej karty w Stanach Zjednoczonych. Pracowałam jako "housekeeper" w amerykańskim domu u niezwykle bogatego przedsiębiorcy i jego niezrównoważonej psychicznie żony. Tak właśnie nam poradzono, mnie i mojemu małżonkowi - praca w prywatnym domu przez 1,5 -2 lata w trakcie których, pracodawcy wystąpią dla nas o pobyt stały, za pośrednictwem adwokata. Wszystko co się tam działo przez 18 miesięcy jest złym snem, do którego nie bardzo mam ochotę wracać zbyt szczegółowo. Chodzi tutaj głównie o prawnika, który na zlecenie naszego pracodawcy miał się zająć załatwieniem zielonej karty. Jeździliśmy do jego biura kilka razy, dzwoniliśmy kilkanaście. Za każdym razem zapewniał nas, że wszystko toczy się normalnym trybem i będzie załatwione w swoim czasie. Czas jednak mijał, atmosfera u naszych pracodawców była coraz trudniejsza do wytrzymania i moje telefony do biura prawniczego stały się coraz częstsze. Któregoś dnia, sekretarka oznajmiła mi, że pan X chce ze mną pomówić na linii prywatnej. Zatkało mnie, kiedy odezwał się najczystszą polszczyzną: - Ryzykuję bardzo dużo, ponieważ prowadzę na stałe interesy pani szefa. Nie mam jednak sumienia oszukiwać pani dłużej. Nic nigdy nie zostało wszczęte. Chodziło tylko o to, żeby was przetrzymać u siebie jak najdłużej. Mam wyraźne polecenie, aby was zwodzić i nic nie załatwiać. Dlaczego? Bo wszyscy doskonale wiedzą, że po otrzymaniu papierów odejdziecie w poszukiwaniu innej pracy.
To było ponad 20 lat temu. Trudny okres z przeszłości przesunął się błyskawicznie w mojej świadomości. To niby nic wielkiego, ale przez moment wszystko wokół mnie znieruchomiało.
X wygląda znakomicie, jest cenionym doradcą, człowiekiem sukcesu. Wtedy był pracownikiem firmy adwokackiej i zajmował się takimi nieważnymi sprawami, jak nasza fikcyjna, zielona karta. Prawdopodobnie już o tym dawno zapomniał. I dobrze. Niech mu się wiedzie jak najlepiej.
To było w latach 1986 - 88. Druga nieudana próba zalegalizowania stałego pobytu i otrzymania zielonej karty w Stanach Zjednoczonych. Pracowałam jako "housekeeper" w amerykańskim domu u niezwykle bogatego przedsiębiorcy i jego niezrównoważonej psychicznie żony. Tak właśnie nam poradzono, mnie i mojemu małżonkowi - praca w prywatnym domu przez 1,5 -2 lata w trakcie których, pracodawcy wystąpią dla nas o pobyt stały, za pośrednictwem adwokata. Wszystko co się tam działo przez 18 miesięcy jest złym snem, do którego nie bardzo mam ochotę wracać zbyt szczegółowo. Chodzi tutaj głównie o prawnika, który na zlecenie naszego pracodawcy miał się zająć załatwieniem zielonej karty. Jeździliśmy do jego biura kilka razy, dzwoniliśmy kilkanaście. Za każdym razem zapewniał nas, że wszystko toczy się normalnym trybem i będzie załatwione w swoim czasie. Czas jednak mijał, atmosfera u naszych pracodawców była coraz trudniejsza do wytrzymania i moje telefony do biura prawniczego stały się coraz częstsze. Któregoś dnia, sekretarka oznajmiła mi, że pan X chce ze mną pomówić na linii prywatnej. Zatkało mnie, kiedy odezwał się najczystszą polszczyzną: - Ryzykuję bardzo dużo, ponieważ prowadzę na stałe interesy pani szefa. Nie mam jednak sumienia oszukiwać pani dłużej. Nic nigdy nie zostało wszczęte. Chodziło tylko o to, żeby was przetrzymać u siebie jak najdłużej. Mam wyraźne polecenie, aby was zwodzić i nic nie załatwiać. Dlaczego? Bo wszyscy doskonale wiedzą, że po otrzymaniu papierów odejdziecie w poszukiwaniu innej pracy.
To było ponad 20 lat temu. Trudny okres z przeszłości przesunął się błyskawicznie w mojej świadomości. To niby nic wielkiego, ale przez moment wszystko wokół mnie znieruchomiało.
X wygląda znakomicie, jest cenionym doradcą, człowiekiem sukcesu. Wtedy był pracownikiem firmy adwokackiej i zajmował się takimi nieważnymi sprawami, jak nasza fikcyjna, zielona karta. Prawdopodobnie już o tym dawno zapomniał. I dobrze. Niech mu się wiedzie jak najlepiej.
wtorek, 24 lutego 2009
Ameryka, moja miłość
W sierpniu 2008 odwiedziłam na krótko Stany Zjednoczone, po 15 latach nieobecności. Miałam lekką huśtawkę emocjonalną, bo tak się składa, że Stany Zjednoczone są moją wielką miłością. Siedziałam tam kiedyś 8 lat, próbując bezskutecznie uregulować formalnie swoją sytuację. Nie udało się, bo prawdopodobnie nie było mi to pisane. Intelektualnie pogodziłam się z tym od dawna, emocjonalnie niestety jeszcze nie.
Ta ostatnia wizyta była pełna wrażeń, bo wiązała się przede wszystkim ze spotkaniem z moją przyjaciółką z lat szkolnych i poznaniem jej ostatniego (mam nadzieję) męża, nowego domu, wyjazdem do Nowego Jorku, jedzeniem Sushi, obejrzeniem rewelacyjnego spektaklu na Broadway'u (Gypsy z Patti LuPone w roli głównej!!!) oraz tygodniowym pobytem na Isleboro w Maine.
Wszystko było super, bo a) przyjaciółka pięknieje i emanuje energią, mimo nieubłaganych skutków przemijającego czasu, b) mąż okazał się bardzo fajny, bo przemiły i obdarzony olbrzymim poczuciem humoru, c) dom jest położony w oazie spokoju i bezpieczeństwa (posiadłość przyciąga jak magnes, nie zawsze przez gospodarzy mile widziane stada saren), d) Broadway jest dla mnie magicznym miejscem, e) Isleboro to wyspa z krainy marzeń, gdzie gra światła pomiędzy morzem i niebem jest spektaklem samym w sobie, a nocna kaskada migocących gwiazd na niebie stwarza nastrój podroży kosmicznej we wszechświecie. Do tego wszystkiego zajadaliśmy skorupiaki gotowane w białym winie, które sami zbieraliśmy w morzu, a homary (które zdarzało mi się jadać bardzo rzadko) usatysfakcjonowałyby chyba w pełni samego Brillat-Savarin.
Moja przyjaciółka świętowała swoje urodziny i tego wieczora zapaliliśmy na kamienistej plaży olbrzymie ognisko. Był bourbonik, cygarka, pluskanie wody, rześkie wrześniowe powietrze i strzelające iskierki palącego się drewna.
Nie jestem naiwnym głupkiem i wiem doskonale, że wszystko ma swoją cenę. Moi przyjaciele pracują dużo i ciężko każdego dnia, i nawet jeśli zajmują zawodowo prestiżowe stanowiska, nie są odgrodzeni parasolem ochronnym od codziennych, ludzkich trudności. Mają szczęście żyć w pięknym i generalnie mądrze zorganizowanym kraju, ale nawet Barack Obama (jakże im zazdroszczę takiego Prezydenta) nie ochroni ich przed kryzysem i trudnymi problemami.
Ja kocham Amerykę bezwarunkowo. Sama pracowałam tam jako niania, a jak trzeba było, to sprzątałam i ścinałam trawę. Nie miałam do czynienia z amerykańską Polonią ponieważ mój małżonek nie był Polakiem, a do tego nigdy nie nauczył się polskiego języka. Miałam okazję poznać lepiej amerykańskie obyczaje i mentalność, które bardzo mi przypadły do gustu, choć nie zawsze bezkrytycznie. Serce nie sługa. Pan Kazimierz Marcinkiewicz (nasz były pisowski premier) zakochał się bezgranicznie w Izabel (?). Ja zakochałam się w Ameryce. Nie potrafię patrzeć na nią obiektywnie, bo z góry jestem nastawiona na "tak". Niestety, była to miłość bez wzajemności i musiałam odejść. Trudne i bolesne przeżycie.
Teraz obserwuję ją sobie z daleka i jestem pełna nadziei i wiary, że poradzi sobie ze wszystkimi trudnościami i podniesie się jeszcze piękniejsza, silna i uzdrowiona. Ameryka, moja miłość.
Ta ostatnia wizyta była pełna wrażeń, bo wiązała się przede wszystkim ze spotkaniem z moją przyjaciółką z lat szkolnych i poznaniem jej ostatniego (mam nadzieję) męża, nowego domu, wyjazdem do Nowego Jorku, jedzeniem Sushi, obejrzeniem rewelacyjnego spektaklu na Broadway'u (Gypsy z Patti LuPone w roli głównej!!!) oraz tygodniowym pobytem na Isleboro w Maine.
Wszystko było super, bo a) przyjaciółka pięknieje i emanuje energią, mimo nieubłaganych skutków przemijającego czasu, b) mąż okazał się bardzo fajny, bo przemiły i obdarzony olbrzymim poczuciem humoru, c) dom jest położony w oazie spokoju i bezpieczeństwa (posiadłość przyciąga jak magnes, nie zawsze przez gospodarzy mile widziane stada saren), d) Broadway jest dla mnie magicznym miejscem, e) Isleboro to wyspa z krainy marzeń, gdzie gra światła pomiędzy morzem i niebem jest spektaklem samym w sobie, a nocna kaskada migocących gwiazd na niebie stwarza nastrój podroży kosmicznej we wszechświecie. Do tego wszystkiego zajadaliśmy skorupiaki gotowane w białym winie, które sami zbieraliśmy w morzu, a homary (które zdarzało mi się jadać bardzo rzadko) usatysfakcjonowałyby chyba w pełni samego Brillat-Savarin.
Moja przyjaciółka świętowała swoje urodziny i tego wieczora zapaliliśmy na kamienistej plaży olbrzymie ognisko. Był bourbonik, cygarka, pluskanie wody, rześkie wrześniowe powietrze i strzelające iskierki palącego się drewna.
Nie jestem naiwnym głupkiem i wiem doskonale, że wszystko ma swoją cenę. Moi przyjaciele pracują dużo i ciężko każdego dnia, i nawet jeśli zajmują zawodowo prestiżowe stanowiska, nie są odgrodzeni parasolem ochronnym od codziennych, ludzkich trudności. Mają szczęście żyć w pięknym i generalnie mądrze zorganizowanym kraju, ale nawet Barack Obama (jakże im zazdroszczę takiego Prezydenta) nie ochroni ich przed kryzysem i trudnymi problemami.
Ja kocham Amerykę bezwarunkowo. Sama pracowałam tam jako niania, a jak trzeba było, to sprzątałam i ścinałam trawę. Nie miałam do czynienia z amerykańską Polonią ponieważ mój małżonek nie był Polakiem, a do tego nigdy nie nauczył się polskiego języka. Miałam okazję poznać lepiej amerykańskie obyczaje i mentalność, które bardzo mi przypadły do gustu, choć nie zawsze bezkrytycznie. Serce nie sługa. Pan Kazimierz Marcinkiewicz (nasz były pisowski premier) zakochał się bezgranicznie w Izabel (?). Ja zakochałam się w Ameryce. Nie potrafię patrzeć na nią obiektywnie, bo z góry jestem nastawiona na "tak". Niestety, była to miłość bez wzajemności i musiałam odejść. Trudne i bolesne przeżycie.
Teraz obserwuję ją sobie z daleka i jestem pełna nadziei i wiary, że poradzi sobie ze wszystkimi trudnościami i podniesie się jeszcze piękniejsza, silna i uzdrowiona. Ameryka, moja miłość.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
