Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powrót z emigracji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powrót z emigracji. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 lutego 2014

Czysta matematyka, ale logiki brak



Szwajcaria

kasjer/sprzedawca w Lidl, 100%, pensja mieś. brutto 3'700.- CHF
netto 2'700.-CHF

podstawowe koszty utrzymania:

wynajem kawalerki 650.-CHF
ubezp. zdrowotne 350.-
bilet miesięczny TP 100.-
tv 60.-
elektr. 50.-
tel. 50.-
żywność 500.-
kosmetyki, chemia 50.-
razem =  1'810.- CHF

zarobki - koszty = + 890.-CHF

Polska (Warszawa)

kasjer/sprzedawca w Lidl, 100%, pensja mieś., brutto 400.-CHF
netto 300.-CHF*

podstawowe koszty utrzymania:

wynajem kawalerki 400.- CHF
prywatne wizyty lekarskie + leki 100.-CHF
bilet miesięczny TP 35.-CHF
elektr., tel., tv.,  70.-CHF
żywność 150.-CHF
kosmetyki, chemia 15.-CHF
razem = 770.-CHF

 zarobki - koszty = - 470.-CHF

* wg. kursu 1,-CHF = 3,40 pln

piątek, 14 czerwca 2013

Polska mi nie smakuje

Jeden lubi pomidorową z bazylią, a drugi woli tłusty rosół z bazarowej kury.

Mnie się Polska nie podobała nawet w okresie młodości, ale wydawało mi się wtedy, że to z powodu panującego ustroju . Dzisiaj wiem, że niezupełnie. Najważniejsi są ludzie i ich mentalność. Im dłużej tutaj mieszkam, tym mniej wszystkich rozumiem. 19 kwietnia minęło 7 lat od mojego powrotu. Na początku byłam pełna wiary i entuzjazmu. Myślałam: będzie może biednie, ale za to miło i wesoło. Sprawdziło się w 1/3.

W Polsce panuje ostatnio taki nowy trend zwalczający malkontenctwo i ciągłe niezadowolenie. Nie narzekamy tylko chwalimy i podziwiamy. Co podziwiamy? A wszystko co się da. Dlatego, uwaga! będę się zachwycać:

1) pięć lat temu miasto wymieniło na mojej ulicy stare, betonowe latarnie na nowe, żelazne, pasujące do przedwojennej architektury. Oklaski.

2) Półwysep Helski jest miejscem magicznym. Zasługuje na szczególną ochronę i opiekę ze strony miejscowych władz i nas wszystkich! Apel: ludzie, szanujmy to miejsce!

 3) wspaniały polski chirurg uratował oczy mojej Mamy. Groziła jej całkowita ślepota i była to dla niej operacja ostatniej szansy. Nasz zachwyt i wdzięczność nie mają granic. Oklaski to mało powiedziane. P.S. Oczywiście Narodowy Fundusz Zdrowia nie pokrywa żadnych  kosztów, bo prawdopodobnie utrata wzroku, szczególnie w zaawansowanym wieku, to nie jest istotny problem, ale ponieważ miałam iść za trendem, wobec tego przestaję narzekać i kontynuuję zachwyty...


4) zachwycają mnie (na nieszczęście!) wypieki z cukierni pani Kryś

5) zsiadłe mleko i śledzie ( niekoniecznie jednocześnie) smakują mi niezmiennie

6) ... (jak mi się coś jeszcze przypomni, albo zachwyci, dam znać)


czwartek, 13 grudnia 2012

problemy są wszędzie, tylko innego rodzaju

A każdy z nas inaczej je traktuje i bardzo różnie potrafi je rozwiązywać. I jeśli na całym świecie panuje obecnie kryzys gospodarczy, bezrobocie i problem opieki zdrowotnej, to standard życia dotyczący obywateli tzw. najuboższych, bardzo się między krajami różni. Te różnice są prawdopodobnie dużo głębsze w rzeczywistości od teoretycznie przedstawianych przez międzynarodowe statystyki.

Bieda i brak jakichkolwiek perspektyw na godne życie najczęściej mobilizują ludzi do opuszczenia ojczystych stron i poszukiwania swojego miejsca na obczyźnie. Problematyka ludzkich migracji jest niezwykle wiekowa i geograficznie szeroka. Nie zamierzam się w nią zagłębiać, zostawiam to specjalistom.

Chcę jedynie podkreślić kompleksowość indywidualnych potrzeb i motywacji, które napędzają, nas ludzi, do takich lub innych decyzji, działań i zachowań. Dla (1) jednych najważniejsze będą tradycyjne potrawy spożywane w rodzinnej atmosferze, znajome strony, obyczaje, przyjaciele z lat szkolnych, religia. Oni nigdy nie poczują się dobrze na obczyźnie. Wyjadą, ewentualnie, na emigrację zarobkową, na konkretny okres czasu i będą tam nieszczęśliwi i sfrustrowani, aż do powrotu. Ich motto: pracują, oszczędzają i wzbogaceni, wracają, bo tylko o to im chodzi.

Są tacy (2), którzy nigdy nie czują się dobrze "u siebie" i przy pierwszej lepszej okazji opuszczają zniecierpliwieni swoje rodzinne strony, w poszukiwaniu własnego miejsca.

Wszyscy (3), którzy w swoim ojczystym mieście lub kraju nie mają możliwości rozwinięcia swoich ambicji zawodowych i niekoniecznie z radością, ale jednak decydują się na emigrację, bo jest ona dla nich jedyną szansą na dalszą naukę lub rozwój zawodowy. Im kibicuję najmocniej i życzę jak najlepszych osiągnięć.

Sama zaliczam się do tych drugich i wyjechałam z Polski z przekonaniem, że już nigdy tu nie wrócę na stałe. Wróciłam, bo nie stać mnie było na sprowadzenie rodziców do siebie i zapewnienie im takiego życia, do jakiego przywykli w Polsce. Mnie żyje się tu bardzo kiepsko i podziwiam tych wszystkich, którzy doskonale potrafią w tej polskiej rzeczywistości wygodnie egzystować.

Czy ktoś z Was znalazł się w podobnej sytuacji?

Problem starzejących się rodziców dotyczy zapewne wielu polskich emigrantów mojego pokolenia. Na przełomie lat 70 i 80 wyjechały w świat tysiące obywateli bloku komunistycznej Europy. Szukam ich śladów, bo chcę się dowiedzieć, jak sobie radzą i co z nimi teraz jest?


środa, 3 października 2012

"Wróciłam z Londynu..."

Młodzi ludzie wracają do Polski i mają trudności z utrzymaniem się nawet na bardzo skromnym poziomie. Młodzi, wykształceni, pełni werwy i entuzjazmu, zderzają się z polską rzeczywistością i często myślą o ponownej emigracji. Dlaczego? Pewnie dlatego, że skoro już mają ciężko pracować, to przynajmniej jeżdżąc po wygodnych drogach, korzystając z przyzwoitej opieki zdrowotnej i zarabiając godnie na przeciętne życie.

To jakiś mit, że za granicą musisz podmywać obce tyłki lub zmywać gary, żeby kupić przyzwoite kalosze, a w Polsce mógłbyś robić karierę zawodową, jeśli tylko zaakceptujesz skromniejsze wynagrodzenie.

Warto przeczytać:
http://wyborcza.pl/1,76842,12534311,Wrocilam_z_Londynu__Ale_jak_mlodzi_maja_tu_zyc___list_.html

Tak mają młodzi, bo dla nieco starszych pozostało już tylko miejsce pod kościołem, a potem ewentualnie na cmentarzu.

środa, 1 sierpnia 2012

"Nie lubię tu być"

To był cytat z artykułu*, który odzwierciedla również moje doświadczenia i odczucia, dlatego postanowiłam go zareklamować. Dobrze się czyta, polecam.


* http://www.dziennik.com/publicystyka/artykul/nie-lubie-tu-byc

sobota, 24 grudnia 2011

Coś za coś

Jedynie w wieczór wigilijny mój idiotyczny powrót z emigracji nabiera jakiegoś konkretnego sensu. Zasiadam z rodzicami do skromnej kolacji podtrzymanej w tradycyjnym duchu i smaku.

Oni, z każdym rokiem powolniejsi, słabiej słyszący, częściej wszystko zapominający. Ja, smutna, pozbawiona jakiegokolwiek entuzjazmu, coraz bardziej zrezygnowana.

Dziś nie będę myślała o niepowodzeniach, ani o strachu przed przyszłością (jeśli takowa mnie czeka), ale postaram się być pogodna. Spróbuję nacieszyć się chwilą, bo jak mówi jeden z moich przyjaciół internautów: lepszych dni może już nie być.


piątek, 6 maja 2011

Kolejny koniec

Pracuję jeszcze do końca czerwca, a potem koniec kiosku. Likwidacja. Planuję sam coś otworzyć, a przy okazji szukam pracy. JAKOŚ to będzie.

Jeśli siedzicie teraz za granicą i macie przyzwoitą pracę oraz dobre warunki do życia, to zastanówcie się dobrze, zanim zdecydujecie się na powrót do Ojczyzny. Trzeba się też solidnie przestawić mentalnie i mieć bardzo konkretny powód i cel od samego początku.  Nie mówię o szczęściu, bo tego zaznać można zarówno wszędzie jak i nigdzie. Mam na myśli zwykłe, codzienne życie i wszelkie trudności z tym związane.

Bez odpowiednich kontaktów, pieniędzy, bezczelności oraz dużej dozy cierpliwości, może być Wam bardzo trudno po powrocie.

Ja miałem i ciągle mam powód, z celem jest już nieco gorzej...

Wam życzę powodzenia.

I to by było na tyle.

piątek, 21 stycznia 2011

niedziela, 9 stycznia 2011

Co nowego?

Tym wszystkim, którzy interesują się w jakimkolwiek stopniu emigracją lub powrotem z niej polecam POWROTNIK. Łukasz stworzył ciekawe miejsce wirtualnych spotkań, gdzie można opublikować swoje wrażenia, podzielić się doświadczeniami, podyskutować, zadać pytanie... Rozsiani po świecie, w różnym wieku i z bardzo różnymi bagażami, wracamy (?) do Polski, aby zostać lub znowu wyjechać i już (nigdy?) nie powrócić.

Spotkajmy się. Pogadajmy. Spróbujmy sobie udowodnić, że potrafimy jednak dyskutować konstruktywnie, bez tradycyjnej pyskówy i wylewania na siebie zawistnej żółci. Zajrzyjcie do POWROTNIKA, polecam!

niedziela, 5 grudnia 2010

Zniszczyć człowieka z inicjatywą

Jak już pisałem, otworzyć w Polsce swój własny biznes oznacza administracyjną drogę przez mękę. Tego, który wytrwał, czeka cała masa zasadzek i trudności, o których zapewne warto kiedyś napisać.

Dziś pójdziemy na skróty i założymy, że dzielny KTOŚ przetrzymał, otworzył, działa i przychodzi dlań moment zapłaty podatku. Jeśli po odliczeniu kosztów pozostanie mu dochód w wysokości 1000.-PLN, to po odjęciu 18% podatku dochodowego oraz 22% VAT, KTOŚ ma na życie 600.-PLN.

W normalnym demokratycznym systemie stworzonym DLA ludzi, istnieje minimum WITALNE, zaadaptowane do bieżącej rzeczywistości, które od podatku jest zwolnione. W Polsce taka suma zwolniona od podatku wynosi około 4000.- PLN rocznie czyli 333.- PLN miesięcznie. Rozumiem zatem, że minimum witalne nie zostało nigdy realistycznie określone, a sumę 4000,- ściągnięto przypadkowo z księżyca.

Pragnę zauważyć, że tak bezmyślnie wyliczoną daniną podatkową zabija się w obywatelach chęć do uczciwej pracy i pośrednio zmusza ludzi do wątpliwych kombinacji. Młodzi, obserwując, wyciągają wniosek, że kto uczciwy ten frajer, albo zwyczajnie - idiota.

P.S. Trochę na temat, choć nie całkiem, ale za to bardzo dobre:

www.kontrowersje.net/tresc/studia_kursy_nauka_edukacja

sobota, 27 listopada 2010

Własny interes

Chciałem (bardzo) pracować i zarabiać. Pracuję i zarabiam i zastanawiam się nad tym, jaki moje życie ma sens? Każdego wieczora, gdy wracam do domu mam już tylko tyle energii, żeby nastawić pranie, wyprasować koszulę, zjeść kolację, wykąpać się i oglądając wiadomości - zasnąć. I tak jest dzień w dzień.

W weekendy najczęściej sprzątam, robię większe zakupy. Idę na spacer do parku, albo się snuję ulicami, żeby rozruszać kości.

Żeby pozałatwiać sprawy administracyjne lub zdrowotne muszę brać wolne z puli urlopowej - fajne wakacje.

Znam realia i wiem, że i tak mam wyjątkowo dobrze. Nie muszę się martwić o dzieci, ich zdrowie, wykształcenie, wikt i opierunek. Mieszkam sam, zacisznie i wygodnie i nikt się nade mną w domu nie wytrząsa, ani mi nie truje. A jednak bezczelnie chcę więcej. Konkretnie - chcę się cieszyć życiem, a nie znosić je jak karę.

Postanowiłem, że prestiż i wygodną pensję zamienię na skromny, ale własny interes. W Polsce wiąże się to z istną gehenną urzędniczo-administracyjną, bo wbrew temu co dotychczasowe rządy wygadują, każda prywatna inicjatywa jest w naszym kraju narażona na śmierć jeszcze przed narodzeniem (a tak się niby przeklina prawo do aborcji, he he.) Pobawię się jednak w kamikaze i spróbuję.

Korci mnie handel detaliczny, bo kioskowe przygody bardzo mi przypadły do gustu.

Pomyślę, a jak wymyślę, to Wam wszystko opowiem. Hej!

niedziela, 22 sierpnia 2010

Kto wraca do Polski?

Jeśli ktoś z Was zna adres do statystyk dotyczących Polaków powracających do kraju po:

- mniej niż 5 latach emigracji

- więcej niż 5 latach

- więcej niż 10 latach

- więcej niż 20 latach

- więcej niż 30 latach ( i na tym chyba zakończymy...)

to będę wdzięczny za podrzucenie linka. Tych ostatnich najłatwiej pewnie znaleźć w odizolowanych ośrodkach specjalistycznych. Prośba jest całkiem poważna, bo z moich poszukiwań wynika, że takie dane jeszcze nigdzie nie powstały.

niedziela, 27 czerwca 2010

Poczucie humoru na wagę złota

Wróciłem do Polski pod koniec kwietnia 2006 roku. Większość ludzi mnie pyta: czy było warto?
Mam problem ze słowem warto. Emocjonalnie (Rodzice, wspomnienia) zdecydowanie tak. Pod każdym innym względem - możliwości znalezienia godnej pracy, opieki zdrowotnej, kontaktu z urzędnikami państwowymi, jakości towarów spożywczych i użytkowych, obsługi, stanu dróg, ulic, poziomu czystości, kultury osobistej ludzi w masowych miejscach publicznych, poczucia bezpieczeństwa i ogólnie panującej w kraju biedy - zdecydowanie warto nie było. Nie znaczy to jednak, że w tym (uwaga!) syfiastym burdelu panuje bezustanna rozpacz. Wprost przeciwnie - chyba nigdy nigdzie się tak nie uśmiałem, jak tutaj.
Uważam tylko, że o ile np. w Szwajcarii można żyć bez poczucia humoru wygodnie i z zadowoleniem, o tyle w Polsce jest to niemożliwe.

piątek, 9 października 2009

Bilans powrotu

Pora właściwie nijaka, bo to 3 lata + kilka miesięcy minęły od mojego powrotu do Polski.

Minusy? Straty finansowe, brak godziwie wynagrodzonej pracy, trudności w oswojeniu się z tutejszą mentalnością i ogólnym trendem pod hasłem "walka o byt" w kontraście do społeczeństw szwajcarskiego i amerykańskiego, gdzie hasłem jest raczej "jakość życia".

Czy warto było więc wracać?
Warto było, dla plusów: mieszkam teraz blisko rodziców, którzy powolutku wkraczają w wiek zaawansowany, a z braku rodzeństwa, na mnie spada pewna odpowiedzialność w sposób całkowicie naturalny (rozpatrywana na wszystkie sposoby wersja przeniesienia się obojga rodziców do mnie, okazała się niemożliwa, z różnych powodów.) Mam też swoje własne, małe mieszkanie w starej, przedwojennej kamienicy, które bardzo lubię. Polska kultura i sztuka, nasze specyficzne poczucie humoru, spontaniczność ludzi - to kolejne "plusy dodatnie", które umilają mi prozaiczne trudności i rekompensują komfort, porządek, spokój i poczucie bezpieczeństwa pozostawione już daleko w tyle.

Mój styl życia uległ znaczącej zmianie. Nie jadam w restauracjach, nie posiadam samochodu, noszę ubrania wyszukane w "ciuch landach", nie podróżuję. Mam dużo wolnego czasu i możliwość udzielania się społecznie, w czym upatruję istotną wartość, obecnie jakby powszechnie lekceważoną.

cdn

piątek, 31 lipca 2009

Wizyta rodzinki - część III

Wyjechali. Było tyle zamieszania, wrzasków dziecięcych i zmiany planów dorosłych, że nie udało mi się właściwie szczegółowo dowiedzieć: jak im tu było TAK NAPRAWDĘ?

Wyrywkowo usłyszałam tylko, że "drogi są jakie są", że "rynek krakowski jest najpiękniejszy na świecie", że w hotelu "Holliday Inn" przy Plantach mieszka się znakomicie, że jedzenie nie zawsze im smakowało, że kawa (z małymi wyjątkami) jest u nas do d**y. Najmłodsze pacholę (3 lata) oświadczyło, że chce zostać, żeby nauczyć się polskiego (?????), jednak pozostałe 4 osoby cieszyły się bez obłudy z powrotu "do siebie". Co nie przeszkadza, że podkreślali zgodnie swoje generalne zadowolenie z wakacji w Polsce. Przebywali pokrótce (niekoniecznie każdy, co do jednego) w Warszawie, w Żyrardowie, w kieleckim, w Wieliczce, w Krakowie. Nowy Świat i Łazienki warszawskie zyskały ich duże uznanie.
Po dwóch tygodniach wracali do maleńkiego kraju, w którym przeżyłam 22 lata swojego żywota. W tym momencie cieszyłam się, że ja się już żegnać tutaj z nikim nie muszę, bo nigdzie nie lecę. Zostaję.

P.S. @Brunea, gdyby udało mi się zostać w Stanach, PRAWDOPODOBNIE do Polski bym już nie wróciła. Twój komentarz do wpisu poniżej, w 100% odzwierciedla moje uczucia. Pozdrawiam ;)

niedziela, 26 lipca 2009

Wizyta rodzinki - część II

Droga Stardust, na ogół nikt nie wraca po 30 latach emigracji. Większość ludzi zdąży mieć już dobrze zakorzenione rodziny, przyjaciół, pracę, dom. Są solidnie nasiąknięci innymi obyczajami i przyzwyczajeni do odmiennej mentalności ludzkiej. Przyjeżdżają do Polski jedynie jako goście, troszkę pochlipią, czasem się pozadziwiają, a może na chwilkę wkurwią, ale o zostaniu na stałe nie ma mowy. Tak na "oko" wydaje mi się, że limit ogólny (jeśli można o takim mówić, bo przecież każdy człowiek to indywidualna istota) to 15 lat. Potem już jest niezwykle trudno, a konkretniej - nikt o tym nawet nie myśli. Może EWENTUALNIE - rozsądnie zaplanowany powrót na emeryturę np. domek nad jeziorem, w górach lub nad morzem, żadnych potrzeb szukania pracy, komfortowy przelicznik walutowy i "la dolce vita".

Brat wraca jutro z kieleckiego, pewnie jeszcze pogadamy. Moja ciotka, z którą jestem niezwykle związana, przeżyła w Polsce narodziny, dzieciństwo, studia, młodość. Ma wiele wspomnień i dzisiaj nie byłaby tutaj sama, a TAM troszkę jest - i jednak nie chce do Polski wrócić. Dokładnie tak jak Ty, Stardust, ona się tutaj nie widzi.

Teraz lecę do kiosku, ale niebawem ciąg dalszy nastąpi ;)

czwartek, 23 lipca 2009

Wizyta rodzinki - część I

Rodzinka zajechała na urlopik. Z zagranicy, tej bardzo zachodniej. Pierwsze reakcje: zmieniło się na " dużo lepiej", ludzie są ogólnie uprzejmiejsi, tylko dlaczego tak mało się myją, wszędzie za dużo smrodów, a przed wejściem do pięcio***** rezydencji powitały ich śmierdzące śmietniki. Cały czas mowa o stolicy. Aaa, i jeszcze serdeczne pytanie brata: Tobie się naprawdę ta Warszawa podoba?

cdn...

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Trudna rada

Wczoraj odwiedziłam znajomych. Debatowaliśmy nad ich ewentualnym wyjazdem do Stanów Zjednoczonych. Pytali mnie o radę. Piekielna sytuacja. Co ja im miałam poradzić? Nie lubię umywania rąk szczególnie, gdy ktoś pyta wprost, ale doradcą dobrym nie jestem. Powiedziałam, żeby spróbowali, ale jeśli to możliwe, żeby zostawili sobie "otwartą furtkę" na ewentualny powrót. To trzeba samemu doświadczyć, wypróbować siebie w innej, zupełnie nowej rzeczywistości. Oboje są młodzi, w tej chwili są razem, dużo zależy od nich. W głębi duszy życzę im dużo siły i wytrwałości, bo uważam, że mają tam szansę na bardzo fajne życie. Adwokat diabła się wtrąci i spyta natychmiast: co to znaczy "fajnie", a niby dlaczego nie mieliby mieć szansy na to "fajne" w Polsce?
Mogę jedynie odpowiedzieć tak: fajne w sensie zadowolenia z życia codziennego, z wygody, z pewnej normy cywilizacyjnej tam panującej. Muszą pojechać i spróbować. Nie znajdą czego szukają, mogą wrócić. Teraz ja zagram adwokata diabła i powiem, że spotkałam zarówno bardzo nieszczęśliwych ludzi w Ameryce, jak zadowolonych i radosnych w obecnej Polsce. Ale odwrotnie też. I co? Stoimy w punkcie wyjścia.

sobota, 14 marca 2009

"Je ne regrette rien..."

"W zeszłym miesiącu minęło mi pół życia spędzonego na emigracji. Teraz już z górki. Za oknem ocean. Siedzę u siebie - we własnym domu, przy własnym biurku, w Australii, moim kraju, który ćwierć wieku temu jak najdosłowniej dał mi jeść, kiedy byłem głodny, i dach nad głową, kiedy byłem bezdomny, niczego ode mnie nie żądając w zamian. Na ekranie komputera mam polską prasę, w niej sceny jak z "Króla Ubu" - w Polsce, czyli nigdzie. W tle muzycznym - Edith Piaf i szum oceanu." Stary Wiarus, salon24


Kiedy czyta się te pierwsze zdania, wszystko brzmi spokojnie, nostalgicznie, komfortowo.
Światełko zapaliło się u mnie dopiero przy słowach "... w Polsce, czyli nigdzie." Wiem, wiem, to nie znaczy nigdzie "tak w ogóle", to znaczy nigdzie - dla autora. Jednak światełko już błysnęło. Potem walnęła burza z piorunami.

"Wyjeżdżało się - kto przez Niemcy, kto przez Grecję, kto przez Traiskirchen - w innych czasach. W innej fazie życia. Na emigracji zajęliśmy się swoimi sprawami - praca, studia, życie, rodzina, dom, dzieci. A teraz na czyjeś życzenie - szydercze, albo i w dobrej wierze wypowiedziane - miałbym to wszystko cisnąć w kąt i popędzić do dziwnego kraju na drugim końcu świata, żeby tam jeszcze raz zaczynać wszystko od początku? A z jakiego właściwie powodu? Bo tam nadal mają "Latarnika" w spisie lektur szkolnych? Bo tam właśnie ojciec matkę, wiele lat temu?
Co z tego? Ojciec i matka nie żyją. Przyjaciele lat młodości dawno zajęli się wlasnymi sprawami. Ja mam całkiem inne priorytety niż 25 lat temu. Mile wspominane lata studenckie już nie wrócą. Długonoga brunetka z akademika na Placu Narutowicza, moje najlepsze wspomnienie z PRL, ma dziś żylaki, dorosłe dzieci i męża alkoholika. Twarz ma o dziesięć lat starszą niż jej - i mój - rzeczywisty wiek. Dla moich dzieci, Polska jest egzotyczna jak Uganda. Z tym, że kiedy byłem dwa lata temu w Ugandzie, to nikt tam nie rzucał w moją strone mrocznych aluzji, że jak się Ugandzie tak spodoba, to ugandyjska straż graniczna mnie bez ugandyjskiego paszportu z powrotem do domu nie wypuści, bo maja takie jedno ugandyjskie prawo, które im na to pozwala.
Po co zatem właściwie miałbym "wracać do Ojczyzny"?
Żeby się tam dać obłupić specom od odłączania gotówki od sarenki? Wrócić z kraju, w którym nie ma dowodów osobistych ani systemu meldunkowego - do kolejek w urzędach, które musiałbym kolejno przekonać, że choć nie mam PESELu, NIPu, PITu, dowodu osobistego, polskiego paszportu, meldunku ani książeczki wojskowej, to istnieję? Że nie jestem wielbłądem? Że żadne podatki wstecz się ode mnie nie należą, bo ostatnie 25 lat to nie był żaden 'okres czasowego przebywania za granicą'?
Żeby odbyć spowiedź generalną u majorów z WKU i błagać o rozgrzeszenie i przeniesienie do rezerwy? A jak nie wybłagam, to odsiedzieć dwa lata w więzieniu - za swoje postanowienie sprzed ćwierć wieku, że prędzej wyemigruję z Polski, niż zgodzę się maszerować na Paryż czy Kopenhagę ramię w ramię z bratnią Armią Radziecką, przysiągłszy jej braterską lojalność.
Pomimo członkostwa NATO, polska armia jest nadal poborowa. Nie było i nie ma w Polsce ani abolicji, ani przedawnienia zbrodniczego czynu uchylania się przed 1989 rokiem od służby w Ludowym Wojsku Polskim, armii członkowskiej Układu Warszawskiego. Generałów i pułkowników jest w Polsce podobno więcej niż w razem wziętych armiach Niemiec i Francji. Podległość powszechnemu obowiązkowi obrony przedłużono ostatnio do 60 roku życia. W militarystyczno-patriotycznej atmosferze kraju, WKU albo mi odpuści, albo mi nie odpuści, a jakoś nie mam ochoty rozsztrzygać tego dylematu drogą eksperymentu na własnej rzyci.
Zamieszkać w kraju, gdzie nikogo nie interesują realia, a wszystkich tematy zastępcze? W kraju, w którym wre permanentna debata o sposobach rozwiązywania problemów, jakie tu rozwiązano przed pierwszą wojną światową? Żeby dostarczać rozrywki miejscowemu gówniarstwu moją nieporadnością w ich rzeczywistości - taką samą, jak ich nieporadność w mojej?" Stary Wiarus, salon24

cdn...